Tadeusz Turnau

Przeciętni trenerzy wielkich reprezentacji – czy to już epidemia?

Jaki cel mają potęgi światowego futbolu w zatrudnianiu szkoleniowców z niższej półki?

27 lipca 2016

Mundial w Brazylii nie zachwycił, Euro we Francji zdecydowanie zawiodło… a wiele wskazuje na to, że w najbliższych latach może być już tylko gorzej. W obliczu wielkich pieniędzy krążących wokół klubowej piłki rywalizacja między reprezentacjami zdaje się schodzić na dalszy plan – wycieńczeni sezonem ligowym piłkarze na wielkich międzynarodowych turniejach często nie przypominają nawet cieni zawodników, którzy jeszcze przed paroma tygodniami zachwycali swoją postawą chociażby w europejskich pucharach. A dziś dochodzi do tego kolejny problem – mianowicie epidemia zatrudniania przez wielkie reprezentacje wybitnie przeciętnych selekcjonerów.

Znacie pewnie te gadki o tym, jak to kiedyś w przeszłości piłka, inne sporty i w ogóle wszystko, co nas otacza, prezentowało się znacznie lepiej. W końcu kto z nas nie tęskni chociażby za czasami wielkiego Milanu, niezatrzymanych „Canarinhos” czy nawet królującej na światowych boiskach tiki-taki. Jasne, głupotą jest mówić, że czasy wielkiego futbolu już dawno minęły, że skończyły się na Deynie, Platinim, Cruyffie czy Zidanie, jednak jeśli chwilę się zastanowimy, możemy stwierdzić, że odnośnie do rozgrywek reprezentacyjnych słynna sentencja o dominacji lat minionych nad teraźniejszymi jest jak najbardziej adekwatna.

A w przekonaniu, że adekwatną może pozostać i przez parę najbliższych lat, dobitnie utwierdza nas pewnych pięć jakże jaskrawych, dwuczłonowych powodów. By uchylić wam rąbek tajemnicy – pierwszy z nich nazywa się… Sam Allardyce.

Angielskiego koszmaru ciąg dalszy?

Od 1996 roku i awansu do półfinału mistrzostw Europy we Włoszech Anglicy ani razu nie potrafili dotrzeć do strefy medalowej wielkiego turnieju. Sam Allardyce jest już aż jedenastym szkoleniowcem zatrudnionym przez FA w ostatnich dwudziestu latach, i to kolejny z wielu, którym znaczna większość ekspertów i obserwatorów zdecydowanie nie wróży sukcesów…

Na Wyspach popularny „Big Sam” kojarzony jest przede wszystkim ze swoją okazałą tuszą oraz nudnym i defensywnym stylem gry prowadzonych przez siebie ekip. Jego ostatnim pracodawcą był Sunderland, z którym to Allardyce ledwo i z dużą dozą szczęścia zapewnił sobie pozostanie na kolejny sezon w Premier League. Wcześniej pracował między innymi w West Hamie, Newcastle oraz Boltonie… i z żadnym z tych klubów nie odniósł bardziej spektakularnych sukcesów.

Problem w tym, że ten nudziarz niemogący się poszczycić wielkimi osiągnięciami na ławce trenerskiej to chyba w tej chwili rzeczywiście najlepszy wybór na selekcjonera spośród szkoleniowców rodem z Anglii. Może więc warto byłoby poszukać za granicą? Cóż, na to przyjdzie pewnie czas po kolejnych klęskach, tyle że tym razem pod skrzydłami Sama Allardyce’a.

Mistrzowie własnego podwórka we Włoszech i w Brazylii

Tym mianem można by określić nowo zatrudnionych selekcjonerów „Canarinhos” oraz „Squadra Azzura”. Prowadzenie tych pierwszych po klęsce na mundialu oraz skandalu na Copa America przejął z rąk Carlosa Dungi słabo kojarzony poza Ameryką Południową Brazylijczyk „Tite” (właściwie Adenor Bachii). Jako piłkarz grał w Brazylii i nie osiągał większych sukcesów, jako trener również pracował dotychczas niemal tylko i wyłącznie w swojej ojczyźnie, tyle że może już pochwalić się paroma sporymi osiągnięciami.

Wygrywał nie tylko krajowe rozgrywki, ale i triumfował w Copa Libertadores oraz wraz z klubem Corinthians zwyciężył w klubowych mistrzostwach świata. Problem w tym, że jeśli chodzi o futbol na najwyższym poziomie (ze względu na swój brak doświadczeń związanych z pracą w innych narodowych kadrach bądź europejskich klubach), „Tito” doświadczenie ma niemal żadne. Pozostaje więc pytanie, czy to dobrze, by zaczynał je nabierać, szkoląc jedną z najmocniejszych reprezentacji świata.

Na swój sposób podobną sytuację mamy we Włoszech. Tam działacze z Półwyspu Apenińskiego zdecydowali się oddać prowadzenie narodowej reprezentacji w ręce byłego szkoleniowca Kamila Glika Giampiero Ventury, który nigdy nie pracował poza granicami Italii. Zresztą nawet i na terenie swojej ojczyzny nigdy specjalnie nie błyszczał, a mimo dość sędziwego wieku przeciętny kibic usłyszał o nim dopiero, gdy ten awansował wraz z grającym przed pięcioma laty w Seria B Torino do włoskiej ekstraklasy. Jego zespół prezentował się na najwyższym szczeblu ligowym nadzwyczaj solidnie (rzecz jasna bez rewelacji) oraz po raz pierwszy od wielu lat awansował do europejskich pucharów.

Nowo zatrudniony trener reprezentacji Włoch Giampiero Ventura mimo 68 lat na karku nigdy nie pracował poza granicami Italii.

Jak się okazało, te z pozoru dość skromne sukcesy wystarczyły, by zostać desygnowanym na selekcjonera reprezentacji Włoch…

Hiszpanie i Holendrzy szukają nowych rozwiązań

„Pomarańczowi” zaczęli czynić to już w trakcie wybitnie nieudanych dla siebie eliminacji do Euro 2016. Z drużyną pożegnał się legendarny Guus Hiddink, a miejsce pierwszego trenera zajął jego dotychczasowy asystent Danny Blind. Człowiek, który jako piłkarz miał udział w największych triumfach Ajaksu Amsterdam, lecz jako menedżer dotychczas nie wykazał się prawie wcale….

W stolicy Holandii w roli szkoleniowca przepracował jedynie rok i nie zdołał zdobyć mistrzostwa kraju. A było to dekadę temu i od tego czasu Blind pełnił w paru klubach funkcję dyrektora sportowego. Za jego kandydaturą na stanowisko selekcjonera „Pomarańczowych” przemawiało chyba jedynie doświadczenie, jakie dane mu było zdobyć w ostatnich latach u boku Guusa Hiddinka. Problem w tym, że Blinda czeka dziś zadanie znacznie trudniejsze nawet niż jego poprzednika – były piłkarz Ajaksu musi zbudować reprezentację niemalże od podstaw, oprzeć ją na nowych fundamentach i liczyć na to, że nowej drużynie bardzo szybko uda się sprostać sporym oczekiwaniom. A czy jest szansa, że mu się powiedzie? Cóż, życzymy powodzenia i mamy szczerą nadzieję, że znacznie milimy się co do potencjału reprezentacji Holandii oraz jej obecnego selekcjonera…

Nowych rozwiązań trzeba szukać także i na Półwyspie Iberyjskim. Już po fatalnym w wykonaniu Hiszpanów mundialu w Brazylii zaczęliśmy słyszeć głosy o tym, iż ta drużyna się wypala, traci głód zwycięstwa i jeśli niebawem nie przejmie jej nowy selekcjoner i nie zmieni się choć część zawodników, to nie ma już szans na dalsze triumfy. No i po klęsce na Euro 2016 stało się – na ławce trenerskiej reprezentacji Hiszpanii Vicenta del Bosque zmienił Julen Lopetegui.

Wiele wskazuje na to, iż najlepszego wyboru dokonali działacze hiszpańscy.

Nie musicie się dziwić, jeśli jest to kolejne nazwisko, którego nie dane wam było wcześniej usłyszeć. By nie kojarzyć byłego trenera portugalskiego Porto, wystarczy nie być zagorzałym fanem futbolu. Pochodzący z Kraju Basków Lopetegui zdaje się jednak najlepszym ze wszystkich wyborów, które dotychczas omówiłem. 50 lat na karku, długoletnie doświadczenia w pracy z młodzieżowymi reprezentacjami Hiszpanii oraz dwa sezony w roli szkoleniowca FC Porto, w tym awans do ćwierćfinału Champions League – nie jest to może wybitnie dużo jak na nowego trenera jednej z najsilniejszych ekip na świecie, lecz trzeba powiedzieć, że kandydatura Lopetegui jakoś się jeszcze broni. A przede wszystkim daje nadzieję na to, że Hiszpanie wrócą na kolejnym turnieju odrodzeni i rzeczywiście spragnieni sukcesu.

Jednak o ile zatrudnienie byłego trenera Porto może chociaż wydawać nam się rzeczywistym poszukiwaniem nowych, ciekawych rozwiązań, o tyle wybory działaczy związanych z innymi potęgami światowego futbolu są raczej efektem zupełnej bezradności i braku pomysłu. A jak ten brak pomysłu wpłynie na poziom rozgrywek między reprezentacjami? Wiele wskazuje na to, że negatywnie, lecz po fatalnym Euro 2016 chyba rzeczywiście gorzej już być nie może…

Komentarze:
Przeczytaj także: