Mariusz Janik

Kilka pytań przed weekendem w Premier League

Zapowiedź 11. kolejki

03 listopada 2017

W ostatniej kolejce przed przerwą na mecze reprezentacji w Premier League czeka na kibiców kilka niezwykle interesujących spotkań. Oczy wszystkich sympatyków ligi Jej Królewskiej Mości w niedzielę będą zwrócone szczególnie na dwa stadiony: Etihad Stadium i Stamford Bridge. 

„Łabędzie” zadziobią „Mewy”?

Wbrew przedsezonowym zapowiedziom, że Swansea nie popełni błędów z poprzedniego sezonu, „Łabędzie” znajdują się tuż nad kreską. Na nic zdają się kapitalne interwencje Łukasza Fabiańskiego. Mimo że reprezentant Polski dwoi się i troi między słupkami, ostatecznie musi wyciągać piłkę z siatki niemal w każdym spotkaniu. Co gorsza, często więcej niż raz. Cóż poradzić, defensywa walijskiego zespołu nierzadko przypomina szwajcarski ser. Wychowanek Polonii Słubice ostatni raz zachował czyste konto w domowej potyczce przeciwko Huddersfield (2:0). Gdy w połowie października drużyna Paula Clementa ograła rewelacyjne „Teriery”, mogło się wydawać, że wszystkie problemy ma już za sobą. Nic bardziej mylnego. O ile niedawną wyjazdową porażkę z Arsenalem (2:1) można było wkalkulować w sezon, o tyle wcześniejsza porażka  z Leicester (1:2) tylko utwierdziła wszystkich w przekonaniu, że przy Liberty Stadium borykają się z poważnymi problemami.

W zupełnie odmiennych nastrojach są piłkarze Brighton, którzy od trzech serii spotkań nie zaznali smaku porażki. W październiku zespół Chrisa Hughtona przegrał tylko raz – na Emirates Stadium z Arsenalem (2:0). Przy Amex Stadium z pewnością żałują, że trzeba było zerwać kolejną kartkę z kalendarza, wszak właśnie 20 października ich ulubieńcy po raz pierwszy przywieźli komplet punktów z delegacji (3:0 z West Hamem). Beniaminek skazywany przed sezonem na pożarcie radzi sobie w elicie naprawdę nieźle i – mimo że historia pokazuje inaczej – w meczu ze Swansea to właśnie on będzie faworytem. Obie ekipy dotąd rywalizowały ze sobą na niższych szczeblach – po cztery mecze w League Two i League One. Trzykrotnie triumfowały „Łabędzie”, dwukrotnie lepsze okazały się „Mewy”, trzy razy spotkania kończyły się kompromisem. Kto lepiej zapisze czyste ekstraklasowe karty? Który ptak będzie lepiej dziobał?

Piłka pójdzie w ruch o godz. 16.00.

Londyn w ogniu?

W sobotę najciekawiej zapowiada się starcie na London Stadium, gdzie gościć będzie 6. w tabeli Liverpool. Ekipa Juergena Kloppa w 10. kolejce bez trudu pokonała u siebie beniaminka z Huddersfield (3:0). Kilka dni później „The Reds” w takim samym stosunku zakończyli potyczkę w Lidze Mistrzów ze słoweńskim Mariborem. Pytanie, czy kryzys mają już za sobą. Co ciekawe, w obu wspomnianych spotkaniach na listę strzelców wpisał się krytykowany ostatnio Daniel Sturridge. Piłkarze z Anfield Road dwukrotnie również nie wykorzystali rzutu karnego. Na ligowym podwórku pudłował Mohamed Salah, w Europie James Milner.

W braku precyzji rywala w strzałach z jedenastu metrów West Ham United oczywiście może upatrywać swojej szansy na korzystny rezultat. Wydaje się jednak, że podopieczni Slavena Bilicia – jeśli chcą być spokojni o ligowy byt – muszą wreszcie zacząć regularnie punktować. Tym bardziej że ostatnie trzy oczka dopisali do swojego dorobku przeszło miesiąc temu, ogrywając w swoim domu Swansea (1:0). „Młoty” w sezonie 2017/2018 grają w kratkę, nie zachwycają, więc nie dziwi, że w tabeli zajmują dopiero odległe 16. miejsce.

Faworytem spotkania są goście. Nie bez znaczenia jest również fakt, iż głównym rozjemcą meczu będzie Neil Swarbrick. 47-letni arbiter z Preston prowadził również ostatni londyński mecz obu ekip. Na finiszu poprzedniej kampanii, w maju ubiegłego roku, liverpoolczycy wygrali 4:0. Czy w sobotni wieczór Londyn ponownie stanie w ogniu?

Mecz rozpocznie się o godz. 18.30.

Północ czy południe?

Wojna secesyjna była jednym z najważniejszych wydarzeń w wieloletniej historii Stanów Zjednoczonych. Emocje towarzyszące rywalizacji piłkarskiej w Premier League są niewątpliwie mniejsze. W niedzielne popołudnie na Wembley w małych derbach stolicy Tottenham podejmie czerwoną latarnię ligi, Crystal Palace. „Koguty” znajdują się na fali wznoszącej. W środowy wieczór ograli w Champions League wielki Real Madryt (3:1). Tym samym osłodziły sobie gorycz weekendowej porażki, gdy na Old Trafford musiały uznać wyższość United (1:0). Po 10 ligowych potyczkach zespół Mauricio Pochettino w tabeli zajmuje 3. miejsce. Jeśli londyńczycy w dłuższej perspektywie myślą o straszeniu ekip z Manchesteru, spotkania takie jak to najbliższe muszą wygrywać, i to przekonująco. Trzeba dodać, że zagrają w najsilniejszym zestawieniu – podobnie jak w Lidze Mistrzów argentyński menedżer Hotspur będzie mógł skorzystać z usług supersnajpera Harry’ego Kane’a.

Czy to oznacza, że „Orły” Roya Hodgsona są absolutnie bez szans? Należy wziąć również pod uwagę fakt, że zespół z Selhurst Park w obecnym sezonie ani razu nie przegrał derbowego spotkania. Ograł u siebie Chelsea (2:1) i zremisował na wyjeździe z West Hamem (2:2). W meczu z Tottenhamem zedrze trzeci londyński skalp? Być może Wembley dla Palace okaże się bardziej łaskawym obiektem niż White Hart Lane. Dotąd w wyjazdowych starciach ligowych z „Kogutami” stołeczni z południa każdorazowo schodzili z boiska pokonani. Północ zdobyta została tylko raz – w Pucharze Anglii w lutym 2016 roku (2:1).

Start o godz. 13.00.

Walec zdemoluje armatki?

W pierwszym ze wspomnianych na wstępie hitów lider Manchester City stanie do rywalizacji ze znajdującym się cztery miejsca niżej Arsenalem. Zespół Pepa Guardioli w obecnym sezonie nie tylko nie zwykł przegrywać, ale i każdą napotkaną przeszkodę miażdży niczym walec. Przekonują się o tym nie tylko angielskie zespoły. W środę na własnej skórze moc City poznali pod Wezuwiuszem zawodnicy Napoli (2:4). Czy po ostatnim gwizdku sędziego Michaela Oliviera armatki „Kanonierów” także będzie trzeba odesłać do naprawy? Gdyby nie wyjazdowa wpadka z Watfordem (2:1) w połowie października, Arsenal byłby w Premier League niepokonany od końca sierpnia. Patrząc jednak na bieżące dokonania „Citizens”, nawet tak długa seria rywala raczej nie zrobiłaby na fanach z niebieskiej części miasta większego wrażenia. Ich ulubieńcy ostatni raz w ważnym spotkaniu o punkty dali się pokonać na początku kwietnia ubiegłego roku, gdy gościli na Stamford Bridge (2:1).

Gdzie sympatycy ekipy Arsene’a Wengera mogą doszukiwać się szans swoich ulubieńców? W statystykach. Wprawdzie ostatni raz opuszczali Etihad Stadium z kompletem punktów w styczniu 2015 roku, jednak ostatnie dwa spotkania przeciwko gigantowi z katarskim budżetem kończyli w dobrych nastrojach. Szczególny smak miał triumf w tegorocznym półfinale Pucharu Anglii na Wembley (2:1 po dogrywce). W ogóle z dotychczasowych 40 ligowych spotkań obu zespołów aż 23 kończyły się victoriami stołecznych. Jedenaście z nich miało miejsce w Manchesterze. „The Gunners” dobiją do dwunastki? A może City odnotuje siódme domowe zwycięstwo? Prawdopodobny jest również remis. Potyczki tych drużyn dziesięć razy kończyły się podziałem punktów. Truizmem jest, że liczby nie grają, nie zmienia to jednak faktu, że rywalizacja na Etihad Stadium może być ucztą dla kibiców. Trzeba mieć nadzieję, że balonik nie pęknie zbyt szybko.

Początek meczu o godz. 15.15.

Kto będzie płakał?

Z podobnym nastawieniem należy podejść do drugiego z niedzielnych szlagierów. Na teren 4. w tabeli Chelsea przyjedzie wicelider, Manchester United. Podopieczni Jose Mourinho po dwóch zwycięstwach na Old Trafford, gdzie w weekend skromnie pokonali Tottenham (1:0), a w tygodniu w Lidze Mistrzów Benficę (2:0), będą chcieli zgarnąć komplet punktów także na Stamford Bridge. „Czerwone Diabły” liczą, że uda im się wykorzystać osłabione morale rywala, który we wtorkowy wieczór otrzymał na Półwyspie Apenińskim paczkę trzech goli od Romy (3:0). „Giallorossi” wypunktowali mistrzów Anglii niczym wytrawny bokser, uwypuklając wszystkie ich problemy. Nad głową Antonio Conte ponownie pojawiły się czarne chmury. Rozgonić je może jedynie solidna gra i zwycięstwo w prestiżowym starciu z United.

Włoski menedżer będzie miał szansę nie tylko na odbudowanie swojej pozycji, ale i doprowadzenie do łez „The Special One”. Portugalczyk kilka tygodni temu na jednej z konferencji prasowych wbijał szpilkę opiekunowi Chelsea, mówiąc, że w odróżnieniu od innych trenerów nie żali się na problemy kadrowe drużyny. Nie zwrócił się bezpośrednio do Conte, ale można było wyczytać między wierszami, o kogo chodzi. Między tymi panami iskrzy od dawna. Po zeszłorocznym laniu od Chelsea w Londynie (4:0) Mourinho zwrócił się do byłego selekcjonera reprezentacji Italii, by ten aż tak nie eksponował swojej radości, gdy jego piłkarze zamykają wynik spotkania. Miał po meczu doń powiedzieć: – Okazuj taką radość przy 1:0, a nie jak już jest 4:0. To dla nas upokarzające.

Czy w niedzielny wieczór Antonio Conte podniesie Chelsea z kolan i ponownie będzie miał ogromne powody do radości? A może tym razem role się odwrócą? Manchester ściga swojego rywala zza miedzy, więc każda strata punktów może być bardzo kosztowna dla „Czerwonych Diabłów”. Problem w tym, że te ostatni raz ze Stamford Bridge z kompletem punktów wyjeżdżały w 2012 roku.
Pierwszy gwizdek Gwizdek Anthony’ego Taylora wybrzmi o godz. 17.30.

Komentarze:
Przeczytaj także: