Legia to, a Legia tamto. Nie ma stylu, słabo rozgrywają, to nie jest gra godna mistrza Polski, że gdzie z taką grą do Europy i tak dalej, do znudzenia. Całe szczęście w piłce nożnej nie dają punktów za walory artystyczne, ale za zdobywanie większej liczby bramek od przeciwnika. I taki jest właśnie styl Legii Stanisława Czerczesowa.
Był 18 października 2015 roku – pierwszy mecz rosyjskiego trenera na ławce stołecznej drużyny. Rywal, jak na początek przygody, nie byle jaki – będąca na fali Cracovia. Cracovia, która, jak się później okazało, została pokonana w stosunku 3:1 po kolejnym, trzykrotnym, błysku Nikolicia. Wtedy Czerczesow ogłosił, że wkrótce sprzedadzą Jodłowca za 20 milionów euro i wtedy zaczął się marsz po mistrzostwo Polski, które dziś wydaje się na wyciągnięcie ręki. Marsz, jak przekonują niektórzy, pozbawiony stylu. Jednak czy faktycznie tak wygląda rzeczywistość przy Łazienkowskiej 3?
Pressing w rosyjskim wydaniu
Plotki i ploteczki z zimowego obozu przygotowawczego mówiły jedno – piłkarze Legii biegają i cierpią. Wylewają siódme poty, ale efekty przyjdą. Wiosną mieliśmy zobaczyć Legię agresywną, bezkompromisową, tłamszącą kolejnych rywali. I tak się stało.
Podstawowym założeniem pressingu jest zmuszenie rywala do błędu. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby ten błąd został popełniony jak najbliżej bramki przeciwnika, to właśnie wtedy, gdy straci on piłkę na własnej połowie boiska lub nawet w obrębie własnej szesnastki, jest najbardziej narażony na zabójcze uderzenie zespołu zakładającego pressing. Pressing nieudany może się wiązać z katastrofą, a doskonałym tego przykładem jest sytuacja z meczu Bayernu Monachium z Ingolstadt…
Ale równie dobrze może zakończyć się zdobyciem bramki, co niejednokrotnie udawało się w roku 2016 warszawskiej Legii.
Przykład pierwszy:
https://youtu.be/9AwTSeFoclg?t=31s
Przykład drugi:
https://www.youtube.com/watch?v=q_CIS_qMl6o
Jasno i wyraźnie widać, że takie są założenia Czerczesowa – odbierać piłkę jak najwyżej, jak najdalej własnego pola karnego, by móc ukąsić przeciwnika wtedy, gdy jest na to najmniej przygotowany. W meczu z Cracovią Lewczuk odebrał piłkę na 40. metrze, co jest jednak bardzo istotne, za nim nie było już żadnego asekurującego piłkarza. To pokazuje, jak bezkompromisowo i agresywnie gra Legia, która wierzy w skuteczność swojego pressingu.
Jeśli chodzi o agresję i o czysto fizyczną stronę futbolu, to trudno znaleźć w polskiej lidze zespół, który może pod tym względem Legię nie tyle zdominować, co chociaż Legii dorównać. Linia obrony złożona z prawdziwych gladiatorów, potężnych facetów, których niezwykle trudno, mówiąc w żargonie piłkarskim, przestawić. Środek pola z Borysiukiem i Jodłowcem – kolejna zapora niemalże nie do przebycia – silni, szybcy, nieustępliwi – piłkarze, jak na polskie warunki, absolutnie nie do zdarcia w kwestiach odbioru piłki i zadań czysto defensywnych w środku pola. W dodatku Jodłowiec często, dzięki swojej fizycznej sile, zapędza się do przodu, siejąc niemały zamęt w liniach obronnych rywali. Zazwyczaj jest nieco chaotyczny, nowym Riquelme czy Okochą nie sposób go nazwać, ale być może w tym chaosie jest jakaś metoda?
Na co komu dziś warszawska tiki-taka?
Przeanalizowaliśmy, z grubsza, środek pola oraz linię defensywną Legii. Wiemy, że tworzą ją chłopy na schwał, którzy zamiast gry w piłkę mogliby z niemniejszym powodzeniem przerzucać żelbetonowe kloce przy budowie jednego ze stołecznych wieżowców. Skoro matka natura nie poskąpiła im siły i warunków fizycznych, to czegoś musi im brakować, w innym wypadku nie graliby w Legii Warszawa.
Mówisz dobry technicznie obrońca – myślisz: Varane, Laporte, Pique czy Verthongen. Jeśli ktokolwiek pomyślałby o duecie Lewczuk-Pazdan, to z pewnością powinien zainteresować się ofertą zakładu psychiatrycznego w Tworkach. Stołeczny duet stoperów ma pewne ograniczenia, które zaczynają się w momencie, gdy przychodzi im długo i koronkowo rozgrywać piłkę. Nie dysponują oni ani rewelacyjnym wyprowadzeniem, ani crossowym podaniem na 70 metrów, które może przebić każdą defensywę. Skoro nie potrafią „budować akcji od tyłu”, to właśnie w tym miejscu pojawia się postać trenera, który musi wpaść na pomysł, jak z tego piasku ukręcić bicz. I Czerczesow znalazł rozwiązanie.
W głowie rosyjskiego szkoleniowca zrodziła się myśl, może niezbyt innowacyjna, choć w czasach nowoczesnego futbolu nieco zapomniana (aczkolwiek z sukcesami odkurzana), według której jego Legia Warszawa będzie grała w systemie z dwójką napastników. Jeden z nich (najczęściej Prijović) będzie sporo schodził do boków, pokazywał się do gry, a dzięki swoim warunkom fizycznym utrzyma piłkę dla nadbiegających kolegów. Na powyższej grafice widzimy, abstrahując od wykonawców, którymi byli wspomniany Prijović i Hamalainen, że napastnicy Legii bardzo często szukają miejsca w bocznych sektorach boiska i właśnie tam pomagają przy budowaniu akcji ofensywnych. Drugi z napastników, według założenia Czerczesowa, ma być łowcą bramek, który jednak, w razie potrzeby, cofnie się do środka pola i będzie próbował przyspieszyć grę.
Jednak przyspieszenie gry u Czerczesowa nie polega na efektownej klepce, którą owszem można zdobyć sporo przestrzeni, dzięki której, rzecz jasna, można zostawić z tyłu rywala, ale do zagrania której potrzeba niemałych umiejętności technicznych. Dlatego Legia stawia na siłę prostoty i często jak najszybciej przenosi grę w okolice pola karnego rywali, by tam swoją fizycznością i agresją wywierać presję na rywalu. Siłą Legii jest siła legionistów.
Na tym obrazku widać, że Pazdan, który jest przy piłce, nie ma wielu opcji na krótkie rozegranie akcji. Ani Borysiuk, ani Jodłowiec nie garną się do krótkiego rozegrania. Rozwiązanie zostaje więc jedno, ale jest ono rozwiązaniem zaplanowanym, taktycznie uzasadnionym – dłuższa piłka w stronę napastników. Wysoko ustawieni boczni obrońcy od razu ruszają za akcją, aby wspomóc atak, lub, w przypadku jego niepowodzenia, zakładać pressing na połowie rywala. Rolą duetu środkowych pomocników jest częściowa asekuracja bocznych stref, przy jednoczesnej agresji, jeśli piłka pojawi się w ich zasięgu. W tym konkretnym przypadku Legia ma na połowie Piasta ośmiu piłkarzy. Ewentualna strata w okolicach 20. metra wiąże się z tym, że przeciwnik natychmiast znajduje się pod ogromną presją. Każda piłka kopnięta w przód padnie łupem obrońców Legii, z kolei próba wyjścia spod pressingu może się zakończyć tragicznie – stratą i golem.
Widać tutaj mądrość Czerczesowa, który dogłębnie przeanalizował każdego rywala i stwierdził, że jest gotów podjąć takie ryzyko. Dlaczego? Ano dlatego, że liga jest o tyle słaba, iż idealne wyjście spod pressingu to dzieło przypadku, może się stać raz, dwa, góra trzy razy w ciągu meczu. Na takie ryzyko Czerczesow i jego drużyna są gotowi. Siłą Legii jest słabość ligi.
Liczą się punkty
Reasumując, konkludując, podsumowując i używając kilku innych trudnych wyrażeń, zepnijmy te wszystkie wnioski do jednej kupy. Legia ma styl i choć nie jest to styl atrakcyjny, to jest to styl efektywny. Tak długo, jak Czerczesow i jego piłkarze będą dopisywać sobie trzy oczka po każdej z kolejek, tak długo ten styl będzie skuteczny. Stylem Legii jest wygrywanie, co jasno i wyraźnie oddaje tabela ekstraklasy.
Choć jest to porównanie nieco na wyrost, próba przyrównania szamba do perfumerii, to Legia przypomina odrobinę Atletico Madryt, które mimo przebłysków geniuszu Saula, Griezmanna czy innego Torresa nie gra pięknego dla oka futbolu, jednak sukcesywnie, od paru lat, liczy się na szczeblu krajowym i europejskim. Legia też miewa przebłyski, jak choćby asysty Kucharczyka w stylu Quaresmy, rajdy Guilherme czy katowska precyzja Nikolicia, ale przede wszystkim opiera swoją grę na bezkompromisowości i bezpośredniości. Wychodzi na boisko, by wygrać mecz i to się w futbolu, jak na razie, liczy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Legia to, a Legia tamto. Nie ma stylu, słabo rozgrywają, to nie jest gra godna mistrza Polski, że gdzie z taką grą do Europy i tak dalej, do znudzenia. Całe szczęście w piłce nożnej nie dają punktów za walory artystyczne, ale za zdobywanie większej liczby bramek od przeciwnika. I taki jest właśnie styl Legii Stanisława Czerczesowa.
Był 18 października 2015 roku – pierwszy mecz rosyjskiego trenera na ławce stołecznej drużyny. Rywal, jak na początek przygody, nie byle jaki – będąca na fali Cracovia. Cracovia, która, jak się później okazało, została pokonana w stosunku 3:1 po kolejnym, trzykrotnym, błysku Nikolicia. Wtedy Czerczesow ogłosił, że wkrótce sprzedadzą Jodłowca za 20 milionów euro i wtedy zaczął się marsz po mistrzostwo Polski, które dziś wydaje się na wyciągnięcie ręki. Marsz, jak przekonują niektórzy, pozbawiony stylu. Jednak czy faktycznie tak wygląda rzeczywistość przy Łazienkowskiej 3?
Pressing w rosyjskim wydaniu
Plotki i ploteczki z zimowego obozu przygotowawczego mówiły jedno – piłkarze Legii biegają i cierpią. Wylewają siódme poty, ale efekty przyjdą. Wiosną mieliśmy zobaczyć Legię agresywną, bezkompromisową, tłamszącą kolejnych rywali. I tak się stało.
Podstawowym założeniem pressingu jest zmuszenie rywala do błędu. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby ten błąd został popełniony jak najbliżej bramki przeciwnika, to właśnie wtedy, gdy straci on piłkę na własnej połowie boiska lub nawet w obrębie własnej szesnastki, jest najbardziej narażony na zabójcze uderzenie zespołu zakładającego pressing. Pressing nieudany może się wiązać z katastrofą, a doskonałym tego przykładem jest sytuacja z meczu Bayernu Monachium z Ingolstadt…
Ale równie dobrze może zakończyć się zdobyciem bramki, co niejednokrotnie udawało się w roku 2016 warszawskiej Legii.
Przykład pierwszy:
https://youtu.be/9AwTSeFoclg?t=31s
Przykład drugi:
https://www.youtube.com/watch?v=q_CIS_qMl6o
Jasno i wyraźnie widać, że takie są założenia Czerczesowa – odbierać piłkę jak najwyżej, jak najdalej własnego pola karnego, by móc ukąsić przeciwnika wtedy, gdy jest na to najmniej przygotowany. W meczu z Cracovią Lewczuk odebrał piłkę na 40. metrze, co jest jednak bardzo istotne, za nim nie było już żadnego asekurującego piłkarza. To pokazuje, jak bezkompromisowo i agresywnie gra Legia, która wierzy w skuteczność swojego pressingu.
Jeśli chodzi o agresję i o czysto fizyczną stronę futbolu, to trudno znaleźć w polskiej lidze zespół, który może pod tym względem Legię nie tyle zdominować, co chociaż Legii dorównać. Linia obrony złożona z prawdziwych gladiatorów, potężnych facetów, których niezwykle trudno, mówiąc w żargonie piłkarskim, przestawić. Środek pola z Borysiukiem i Jodłowcem – kolejna zapora niemalże nie do przebycia – silni, szybcy, nieustępliwi – piłkarze, jak na polskie warunki, absolutnie nie do zdarcia w kwestiach odbioru piłki i zadań czysto defensywnych w środku pola. W dodatku Jodłowiec często, dzięki swojej fizycznej sile, zapędza się do przodu, siejąc niemały zamęt w liniach obronnych rywali. Zazwyczaj jest nieco chaotyczny, nowym Riquelme czy Okochą nie sposób go nazwać, ale być może w tym chaosie jest jakaś metoda?
Na co komu dziś warszawska tiki-taka?
Przeanalizowaliśmy, z grubsza, środek pola oraz linię defensywną Legii. Wiemy, że tworzą ją chłopy na schwał, którzy zamiast gry w piłkę mogliby z niemniejszym powodzeniem przerzucać żelbetonowe kloce przy budowie jednego ze stołecznych wieżowców. Skoro matka natura nie poskąpiła im siły i warunków fizycznych, to czegoś musi im brakować, w innym wypadku nie graliby w Legii Warszawa.
Mówisz dobry technicznie obrońca – myślisz: Varane, Laporte, Pique czy Verthongen. Jeśli ktokolwiek pomyślałby o duecie Lewczuk-Pazdan, to z pewnością powinien zainteresować się ofertą zakładu psychiatrycznego w Tworkach. Stołeczny duet stoperów ma pewne ograniczenia, które zaczynają się w momencie, gdy przychodzi im długo i koronkowo rozgrywać piłkę. Nie dysponują oni ani rewelacyjnym wyprowadzeniem, ani crossowym podaniem na 70 metrów, które może przebić każdą defensywę. Skoro nie potrafią „budować akcji od tyłu”, to właśnie w tym miejscu pojawia się postać trenera, który musi wpaść na pomysł, jak z tego piasku ukręcić bicz. I Czerczesow znalazł rozwiązanie.
W głowie rosyjskiego szkoleniowca zrodziła się myśl, może niezbyt innowacyjna, choć w czasach nowoczesnego futbolu nieco zapomniana (aczkolwiek z sukcesami odkurzana), według której jego Legia Warszawa będzie grała w systemie z dwójką napastników. Jeden z nich (najczęściej Prijović) będzie sporo schodził do boków, pokazywał się do gry, a dzięki swoim warunkom fizycznym utrzyma piłkę dla nadbiegających kolegów. Na powyższej grafice widzimy, abstrahując od wykonawców, którymi byli wspomniany Prijović i Hamalainen, że napastnicy Legii bardzo często szukają miejsca w bocznych sektorach boiska i właśnie tam pomagają przy budowaniu akcji ofensywnych. Drugi z napastników, według założenia Czerczesowa, ma być łowcą bramek, który jednak, w razie potrzeby, cofnie się do środka pola i będzie próbował przyspieszyć grę.
Jednak przyspieszenie gry u Czerczesowa nie polega na efektownej klepce, którą owszem można zdobyć sporo przestrzeni, dzięki której, rzecz jasna, można zostawić z tyłu rywala, ale do zagrania której potrzeba niemałych umiejętności technicznych. Dlatego Legia stawia na siłę prostoty i często jak najszybciej przenosi grę w okolice pola karnego rywali, by tam swoją fizycznością i agresją wywierać presję na rywalu. Siłą Legii jest siła legionistów.
Na tym obrazku widać, że Pazdan, który jest przy piłce, nie ma wielu opcji na krótkie rozegranie akcji. Ani Borysiuk, ani Jodłowiec nie garną się do krótkiego rozegrania. Rozwiązanie zostaje więc jedno, ale jest ono rozwiązaniem zaplanowanym, taktycznie uzasadnionym – dłuższa piłka w stronę napastników. Wysoko ustawieni boczni obrońcy od razu ruszają za akcją, aby wspomóc atak, lub, w przypadku jego niepowodzenia, zakładać pressing na połowie rywala. Rolą duetu środkowych pomocników jest częściowa asekuracja bocznych stref, przy jednoczesnej agresji, jeśli piłka pojawi się w ich zasięgu. W tym konkretnym przypadku Legia ma na połowie Piasta ośmiu piłkarzy. Ewentualna strata w okolicach 20. metra wiąże się z tym, że przeciwnik natychmiast znajduje się pod ogromną presją. Każda piłka kopnięta w przód padnie łupem obrońców Legii, z kolei próba wyjścia spod pressingu może się zakończyć tragicznie – stratą i golem.
Widać tutaj mądrość Czerczesowa, który dogłębnie przeanalizował każdego rywala i stwierdził, że jest gotów podjąć takie ryzyko. Dlaczego? Ano dlatego, że liga jest o tyle słaba, iż idealne wyjście spod pressingu to dzieło przypadku, może się stać raz, dwa, góra trzy razy w ciągu meczu. Na takie ryzyko Czerczesow i jego drużyna są gotowi. Siłą Legii jest słabość ligi.
Liczą się punkty
Reasumując, konkludując, podsumowując i używając kilku innych trudnych wyrażeń, zepnijmy te wszystkie wnioski do jednej kupy. Legia ma styl i choć nie jest to styl atrakcyjny, to jest to styl efektywny. Tak długo, jak Czerczesow i jego piłkarze będą dopisywać sobie trzy oczka po każdej z kolejek, tak długo ten styl będzie skuteczny. Stylem Legii jest wygrywanie, co jasno i wyraźnie oddaje tabela ekstraklasy.
Choć jest to porównanie nieco na wyrost, próba przyrównania szamba do perfumerii, to Legia przypomina odrobinę Atletico Madryt, które mimo przebłysków geniuszu Saula, Griezmanna czy innego Torresa nie gra pięknego dla oka futbolu, jednak sukcesywnie, od paru lat, liczy się na szczeblu krajowym i europejskim. Legia też miewa przebłyski, jak choćby asysty Kucharczyka w stylu Quaresmy, rajdy Guilherme czy katowska precyzja Nikolicia, ale przede wszystkim opiera swoją grę na bezkompromisowości i bezpośredniości. Wychodzi na boisko, by wygrać mecz i to się w futbolu, jak na razie, liczy.