W sobotę rozegrano dwa spotkania 24. kolejki Serie A. Szczęście w nich sprzyjało gospodarzom. Mecze na swoich boiskach wygrały zarówno Roma jak i Sampdoria. Kibice we Włoszech po tych starciach mogą czuć się usatysfakcjonowani, gdyż padło w nich aż siedem bramek.
W starciu Romy z Palermo głównego faworyta należało upatrywać w podopiecznych Claudio Ranieriego. „Gialorossi” w poprzednich pięciu kolejkach zdobyli komplet punktów, a wśród pokonanych przez nie drużyn znalazły się silne ekipy Juventusu Turyn i Fiorentiny. Piłkarze Palermo na tle rywali z Rzymu nie prezentowali się pod tym względem zbyt okazale, przeplatając zwycięstwa z porażkami.
Nieoczekiwanie początek potyczki należał do gości. To oni stworzyli sobie więcej klarownych sytuacji strzeleckich. Choć to Roma miała przeważać i atakować, w pierwszej części meczu głównie się broniła. Goście przeprowadzali ładne, szybkie akcje, raz po raz goszcząc w polu karnym miejscowych. Choć inicjatywa leżała po ich stronie, nie potrafili udokumentować swojej przewagi bramką. Na przeszkodzie stawał im głównie bardzo dobrze dysponowany golkiper „Gialorossich” Julio Sergio. Roma na tle rywali prezentowała się słabo. Rzadko kibice zgromadzeni na Stadio Olimpico mieli okazję zobaczyć swoich pupili pod bramką przeciwników. Jednak rzymianie udowodnili, że klucz do sukcesu nie leży w ilości, lecz w jakości. Jedną z ich nielicznych akcji udanie w 33. minucie wykończył Matteo Brighi, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Wynik 1:0 utrzymał się do końca pierwszej połowy.
Druga część starcia rozpoczęła się w sposób wymarzony dla graczy Ranieriego. Wystarczyło im zaledwie osiem minut, by zdobyć drugiego gola, którego autorem okazał się Brazylijczyk Julio Baptista. Do umieszczenia przez niego piłki w siatce wydatnie przyczynił się zdobywca pierwszej bramki, który najpierw przejął futbolówkę, a następnie wyłożył ją byłemu graczowi Realu, a ten tylko dopełnił formalności. Ta sytuacja nie była ostatnią, w której udział miał Brighi. 600 sekund po trafieniu Baptisty pomocnik Romy po raz drugi wpisał się na listę strzelców. Palermo próbowało odgryźć się rywalom, ale nie miało pomysłu na realizację tych zamierzeń. Raz udało im się trafić w słupek. Zdobyli nawet gola za sprawą Miccoliego po wątpliwym rzucie karnym podyktowanym za przewinienie De Rossiego i Taddei na Pastore. Ostatnie słowo należało jednak do Johna Arne Riise, który ustalił wynik spotkania na 4:1.
W starciu Sampdorii z Fiorentiną miano faworytów należało się bezsprzecznie podopiecznym Luigiego Del Nerego. Jego zawodnicy po trzech kolejnych wygranych pięli się w górę tabeli, krocząc w kierunku miejsca dającego awans do europejskich pucharów. Natomiast zawodnicy z Florencji wyraźnie pogrążeni byli w kryzysie, nie mogąc wygrać od czterech kolejek.
Spotkanie to rozpoczęło się wręcz katastrofalnie dla gości. Po nieco ponad kwadransie gry z powodu kontuzji plac gry musiało opuścić aż dwóch graczy przyjezdnych. Po jedenastu minutach Alessandro Gamberinego zastąpił Felipe, a 300 sekund później Mario Santentę Marco Marchinni. W tym samym czasie piłka zatrzepotała w siatce Freya, a katem „Violi” okazał się Franco Semioli. Po utracie bramki zawodnicy Cesare Prandellego starali się jak mogli, by doprowadzić do wyrównania. Nie potrafili jednak przedrzeć się przez szyki obronne gospodarzy, a gdy już udało im się dojść do dobrej okazji do zdobycia gola, na posterunku był Marco Storari. Sampdoria nie poprzestała na jednym trafieniu, dążyła do kolejnych, a jej wysiłki zostały nagrodzone 300 sekund przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę. Wtedy to na listę strzelców wpisał się Giampaolo Pazzini.










