Odbicia od dna nie było. Co więcej, ŁKS jeszcze bardziej podkopał się we własnym bagnie, przegrywając szósty mecz ligowy z rzędu. Czy z takiego obrotu spraw można wyciągnąć jakieś pozytywy? Ano okazuje się, że można. Mimo że dobrego wyniku i przełamania nie było, to pierwsza część spotkania z Wisłą Kraków każe myśleć, że zespół trenera Stawowego pomału zmierza we właściwszym kierunku.
Choć krajobraz typowo ŁKS-owy znów dał o sobie znać. Bo czym byłby mecz łodzian bez odcięcia od prądu choćby jednego z defensorów? A przecież pierwsze 45 minut mogło zwiastować nie tylko przełamanie, lecz także utwierdzenie w tym, że filozofia gry zespołu faktycznie może przynieść efekty i pewne pozytywy.
Widmo Ramireza
Gdy ŁKS dopiero zaczynał przygodę w ekstraklasie, dla wielu Pirulo był postacią anonimową. Pierwsze dwa mecze ligowe zaczynał na ławce (wyżej w hierarchii był wówczas Patryk Bryła, o którym w Łodzi już obecnie mało kto pamięta) i musiała minąć chwila, zanim Kazimierz Moskal zaczął się do Hiszpana przekonywać. Gdy pojawiał się na boisku, trudno było poznać, czy to już on ma piłkę przy nodze czy jeszcze Dani Ramirez. Bardzo podobna aparycja, ciemna iberyjska karnacja, bujna broda, naturalne przywiązanie do lewej nogi. Z pozoru sobowtór ówczesnej gwiazdy ŁKS-u.
Ale właśnie – pozornie. Podobieństwa kończyły się w zasadzie na wyglądzie. Gdy przychodziło do grania, to każdy widział, który to Pirulo, a który Ramirez. Mimo szczerych chęci tego pierwszego nie jest łatwo wejść w buty gwiazdy klubu, tym bardziej będąc nową postacią w zespole. I tę trudność z aklimatyzacją widział także ówczesny trener łodzian – Kazimierz Moskal – który z usług Pirulo korzystał z różną częstotliwością.
Raz 90 minut, raz 20, innym razem 70, a w kolejnym spotkaniu 13. Minutowy rozkład gry Pirulo był wyjątkowo nierówny. Odejście z klubu Ramireza nie wiązało się jednak z poprawieniem sytuacji. Sprowadzony do klubu zimą Antonio Dominguez otrzymał znacznie większy kredyt zaufania od Moskala i Pirulo dalej musiał zadowalać się rolą rezerwowego. I nie dość, że wcale pod względem długości gry nie było lepiej, to od czasu przyjścia Domingueza rola 28-latka jeszcze bardziej spadła. Na możliwe 540 minut Pirulo na wiosnę, do czasu przerwania rozgrywek przez pandemię, był na boisku zaledwie 95 minut.
Karta odwróciła się dla Pirulo wraz ze zmianą trenera. Wojciech Stawowy zmienił wizję zespołu, stawiając właśnie 28-letniego Hiszpana na szczycie w hierarchii ofensywnych pomocników. Od popandemicznej potyczki z Górnikiem Zabrze Pirulo zaczął grać już dużo. Ale czy dobrze? Patrząc przez pryzmat wyników ŁKS-u, niespecjalnie minęlibyśmy się z oceną gry Hiszpana. W zasadzie w większości była ona spójna z poczynaniami całej drużyny. Zatem skończono się łudzić – Pirulo nie będzie drugim Ramirezem.













