Trenerzy często się śmieją, że po wylądowaniu w nowym klubie już muszą mieć spakowane walizki, gotowi na kolejną tułaczkę. Czasem jak saperzy. Mogą tylko raz się pomylić. Z każdą kolejną porażką zaczyna się bardziej śmiech przez łzy. Oni już znają wyrok, ale czekają na egzekucję. Muszą wysłuchiwać spekulacji, kto będzie ich następcą. Są tylko papierowymi trenerami. Taka teraz sytuacja ma miejsce w Lechu Poznań.
Nie zazdrościmy Skorży tego wyczekiwania na skazanie. Siedzi za kratami, nerwowo czekając na klawisza, który zaprowadzi go na elektryczne krzesło. Może sprytnie oddalać ten moment, ale on go dopadnie. Prezesi polskich klubów nie są wystarczająco uzbrojeni w cierpliwość. Nie radzą sobie z presją otoczenia. Zwłaszcza w dużych klubach, w dużych miastach, gdzie słowo kibiców znaczy wiele. Kibic to także poniekąd pracodawca. Bilety i klubowe gadżety to spory zastrzyk pieniędzy, którym nie można gardzić. Czasem lepiej pozbyć się jednego trenera i mieć święty spokój. Bez żadnej gwarancji, że następny będzie lepszy. Raczej na zasadzie umywania rąk. „Chcieliście? To macie”.
Maciej Skorża mógł w Lechu zwariować od nadmiaru emocji. Jego przygoda przybiera postać sinusoidy. Rollecoaster, który skończy się upadkiem ze sporej wysokości. Najpierw sceptyczne podejście kibiców (bo był w Legii, bo psioczył na Lecha), później ekstaza związana z mistrzostwem Polski, a teraz znowu upadek. Bez kasku. Bez ochraniaczy. Bez żadnych zabezpieczeń. Jazda bez trzymanki. Rutkowscy wsadzili Skorżę na karuzelę, ale nie pozwolili zapiąć pasów. Wóz albo przewóz. Skorża się zgodził i teraz wylewają na niego wiadro pomyj.
Nagle z trenera mistrzowskiej ekipy stał się pośmiewiskiem kibiców, którzy żądają jego głowy. Nie pozostawiają suchej nitki na szkoleniowcu „Kolejorza”, a jeszcze niedawno podrzucali go do góry po zwycięstwie w Superpucharze Polski, niespełna trzy miesiące temu. Z piekła do nieba i z powrotem. Wygrywasz z Legią 3:1, a później zaliczasz taki zjazd, że niejeden byłby rozwalony psychicznie.

Ma sukcesy, doświadczenie. Wie, jak dotrzeć do piłkarzy, co w naszej sytuacji jest bardzo ważne – tak Macieja Skorżę przedstawiał dziennikarzom wiceprezes „Kolejorza” – Piotr Rutkowski. Od tamtych słów minęło nieco ponad rok. W tym czasie działo się naprawdę wiele. Były wzloty i upadki, ale zarząd klubu cały czas stał murem za szkoleniowcem. Mówią o kryzysie, który zdarza się każdemu.
Nawet Jose Mourinho ze swoją Chelsea dotykają powoli dna Premier League, zajmując zaledwie 16. lokatę. Spadek formy zdarza się każdemu, zwłaszcza jeśli grasz na kilku frontach, a ławka rezerwowych nie świeci jakością. Trudno oczekiwać od dublerów pokroju Dudki czy Tetteha, że uda im się poderwać statek. To nie są naturalni przywódcy. Takich brakuje w Poznaniu. Zadbano o załatanie wielu dziur, ale zapomniano zatrudnić kapitana z prawdziwego zdarzenia, który nie będzie bał się sztormów i burz. Chwyci pewnie za ster i dopłynie bezpiecznie do brzegu.












