To, ilu trenerów w Polsce rocznie spotyka się z opinią, że w przyszłości na pewno zostaną selekcjonerami kadry narodowej, czasami trudno zliczyć. Dla wielu osób okres kilku niezłych miesięcy stanowi o kunszcie menedżerskim, jaki posiada szkoleniowiec. Właśnie tak okrzykniętym przykładem na przełomie września i października był nikt inny niż właśnie Dariusz Żuraw.
Ostatnio dość gorącym tematem była krytyka, jaka spływała na Michała Probierza. I warto przypomnieć, że była, jest i dopóki trener Cracovii nie zacznie osiągać odpowiednich rezultatów, będzie aktualna. Jednak korzystając z okazji kolejnego żałosnego meczu (bo tak właśnie trzeba to spotkanie nazwać) w wykonaniu Lecha Poznań, warto „zapuścić Żurawia” na jego ławkę trenerską.
Oczywiście wykorzystując tę grę słów, która jest mało śmiesznym żartem, pragnę nawiązać do szkoleniowca „Kolejorza”. Swego czasu wielkiego, niepokonanego cudotwórcy – Dariusza Żurawia, który w ostatnim czasie raczej nie przeżywa dobrego okresu.
„A miało być tak pięknie…”
Tutaj, przywołując tekst tego klasyka polskiej muzyki, można porównać go z sytuacją obecnego trenera Lecha. Wszystko zapowiadało się tak pięknie, tak przejrzyście. Poznaniacy w końcu awansowali, jako jedyny polski klub, do europejskich pucharów, eliminując po drodze bardzo groźnych przeciwników. Ponadto dali tak zwany „pstryczek w nos” warszawskiej Legii, która odpadła z Qarabagiem w ostatniej rundzie eliminacji do Ligi Europy.
Mało tego, do zespołu zostali wprowadzeni młodzi zawodnicy, którzy mieli Lechowi zapewnić spore pieniądze. Liga Europy miała być dla nich tylko, jak to nazwali polscy eksperci, „oknem wystawowym”. Na dodatek bohater poznaniaków, prawdziwy wybawiciel – Dariusz Żuraw, był wychwalany pod same niebiosa. Mało tego ,widziano w nim następnego trenera polskiej reprezentacji. Przyszłość więc malowała się w różowych kolorach. A tu nagle klops…











