W niedzielę w Premier Lidze miały miejsce dwa ważne wydarzenia piłkarskie, mające znaczny wpływ na układ w tabeli. Doszło do dwóch arcyciekawych pojedynków. W Sankt Petersburgu zmierzyli się czempioni Rosji – aktualni z poprzednimi. W stolicy największego kraju świata wicemistrzowski Spartak gościł głównego kandydata do tytułu w tym roku.
Przed meczem na Łużnikach więcej szans na zdobycie trzech oczek dawano jednak kazańczykom. Może nie prezentowali się rewelacyjnie, ale drogą od zwycięstwa do zwycięstwa kroczyli ku historycznemu zakończeniu sezonu na pierwszym miejscu. Przed starciem z trzykrotnie z rzędu zajmującymi drugie lokaty zawodnikami „Miaso” mieli na koncie pięć kolejnych wygranych. Piękną serię liderów chciał przerwać nowo mianowany duński szkoleniowiec moskwian, Michael Laudrup. Jednak mecz ułożył się wybitnie nie po jego myśli. Nie minął kwadrans, a prowadzony przez niego zespół stracił kontuzjowanego Martina Jiranka. Dosłownie chwilę później Stipe Pletikosa musiał sięgnąć po piłkę do siatki, a wynik starcia, podobnie jak przed tygodniem, otworzył Ukrainiec Serhij Rebrow. Po szoku na początku gospodarze próbowali się podnieść, zaczęli atakować, ale szczelna okazała się defensywa kazańska, która dopuściła dotychczas do utraty jedynie piętnastu goli. Nawet, jeśli miejscowym udało się trochę ją rozmontować, bez zarzutu spisywał się Siergiej Ryżikow. Rubin mógł nawet prowadzić wyżej, ale reprezentacyjny chorwacki golkiper nie dał się zaskoczyć i na przerwę liderzy schodzili z jedną bramką przewagi.

Na drugą połowę „Czerwono-biali” wyszli ze sporą determinacją do odrabiania strat. Starali się często przebywać w polu karnym Ryżikowa. Jednak z ich wypraw tak naprawdę niewiele wynikało. Szczelny blok obronny gości nie dopuszczał do większych spięć pod swoją bramką. Sami jedynie ograniczali się do sporadycznych kontrataków. Ale gdy przycisnęli, mieli szanse na podwyższenie prowadzenia, czemu zapobiegał Pletikosa. Z czasem ataki Spartaka stawały się coraz bardziej rozpaczliwe. Pełne były chaosu i przypadkowości. Podopieczni Laudrupa zaczęli stwarzać zagrożenie w kazańskiej „szesnastce” głównie przy stałych fragmentach gry. Starali się też dalekimi podaniami uruchomić napastników. Jednak czujni defensorzy Rubinu umiejętni żegnali niebezpieczeństwo, wybijając futbolówkę daleko od „świątyni” Ryżikowa. Zmasowane ataki moskwian nie przyniosły efektu i liderzy wrócą do domu z kolejnymi trzema oczkami, które umocniły ich na prowadzeniu. Piłkarze z areny tegorocznego finału Ligi Mistrzów, jeśli nadal chcą w przyszłym sezonie wystąpić w pucharach, muszą poszukać punktów, których bardzo potrzebują, w starciach z Szinnikiem i Krylją.
Nie mniej ciekawie było w Sankt Petersburgu, gdzie konfrontacja z CSKA miała dać odpowiedź na to, w jakiej formie jest Zenit i czy nadal stać go na równorzędną walkę z europejskimi potentatami. Zadanie aktualni jeszcze czempioni mieli trudne, bo w ostatnich tygodniach forma „Wojskowych” wyraźnie zwyżkowała. Mecz rozpoczął się kapitalnie dla podopiecznych Walerego Gazzajewa. Już w trzeciej minucie zdobyli oni pierwszego gola, a wynik po raz trzeci z rzędu otworzył Ałan Dzagojew. Zawodnicy Dicka Advocaata starali się jak najszybciej odpowiedzieć na ten cios, ale udanie w moskiewskiej bramce spisywał się Igor Akinfiejew. Potem gra się wyrównała, aczkolwiek widoczna była lekka przewaga przyjezdnych, którzy częściej bywali w polu karnym innego reprezentacyjnego golkipera, Wiaczesława Małafiejewa. W 35. minucie po ostrym wejściu Andrieja Arszawina w nogi przeciwnika miała miejsce przepychanka między graczami obu drużyn, którą z żółtymi kartkami na koncie zakończyli Arszawin, Igor Denisow i Paweł Mamajew. Do przerwy utrzymał się rezultat ustalony po 180 sekundach gry.











