Czasy, kiedy w ataku włoskiej reprezentacji biegali tacy wirtuozi jak Roberto Baggio, Christian Vieri, Alessandro Del Piero, Francesco Totti czy Luca Toni dawno minęły (chociaż wydaje mi się, że ten ostatni spokojnie dałby jeszcze radę w „La Squadra Azzurra”). Kryzys włoskiej siły ofensywnej trwa i jest widoczny głównie w kadrze, ale nie tylko. Ostatnich kilka przeprowadzek za granicę dokonanych przez włoskich napastników okazało się totalną klapą, co zaowocowało wieloma powrotami znanych nazwisk na Półwysep Apeniński.
Motyw bardzo dobrze znany każdemu polskiemu kibicowi. Zawodnik opuszcza ekstraklasę jako gwiazda, by po roku szybkiej weryfikacji umiejętności powrócić do naszej rodzimej ligi, bądź „tułać się” za granicą w poszukiwaniu lepszego miejsca do odbudowania formy. Co innego jednak ekstraklasa, a co innego Serie A. Tam gwiazdą ligi nie staje się pierwszy lepszy zawodnik.
Swego czasu najlepsi włoscy piłkarze nie musieli wyjeżdżać za granicę. Ich liga była jedną z najlepszych na świecie (zaryzykuję stwierdzenie, że w pewnym momencie nawet najlepszą), drużyny osiągały sukcesy w Europie, nie brakowało pieniędzy, a trybuny zapełniały się często do ostatniego miejsca. Wiele się jednak na przestrzeni ostatnich kilku lat zmieniło. Teraz dla najlepszych zawodników włoska liga staje się po prostu za ciasna. Wiedzą, że swoje w Serie A już zrobili i szukają wyzwań w mocniejszych zespołach za granicą, bądź opuszczają słoneczną Italię w celu dorobienia sobie przed zbliżająca się emeryturą. Rzeczywistość jednak okazuje się brutalna, o czym w ostatnim czasie przekonało się kilku bardzo dobrze znanych graczy.
Mario Balotelli
Włoch dwukrotnie już opuszczał swój kraj. Najpierw, po zdobyciu z Interem Ligi Mistrzów w 2010 roku, postanowił przenieść się na Wyspy, do drużyny Manchesteru City. Jednak tam, zamiast pokazywać swój zapewne nieprzeciętny talent na boisku, wolał brylować na pierwszych stronach brytyjskich bulwarówek, bądź zasłynąć jako gwiazda plotkarskich portali. Jazda pod wpływem alkoholu, rzucanie lotkami w kolegów z drużyny czy odpalenie fajerwerków we własnej łazience to tylko niektóre z jego pomysłów. Po trzech latach, powiedzmy sobie szczerze, rozczarowań i konfliktów (na przykład z Roberto Mancinim), postanowił wrócić tam, gdzie go najbardziej kochają, czyli do własnego kraju, a konkretniej do AC Milan.

W stolicy Lombardii ponownie odżył. Przez półtora roku zdobył 30 bramek, osiągając swoją szczytową formę w sezonie 2013/2014. Jednak wówczas niesfornemu napastnikowi ponownie zamarzyła się Anglia i latem 2014 roku przeniósł się do deszczowego Liverpoolu. Trudno ocenić, czy to przez warunki atmosferyczne, charakter piłkarza, czy po prostu słabą formę, ale Balotelli w „The Reds” spisywał się dramatycznie. Cztery bramki ustrzelone przez cały sezon we wszystkich możliwych rozgrywkach mówią same za siebie. Na początku obecnego sezonu Balotelli po raz drugi związał się z Milanem, tym razem na zasadzie wypożyczenia. Można zaryzykować tezę, że odrobinę wydoroślał, lecz tym razem na przeszkodzie stanęły kontuzje. Trudno wyrokować jaką decyzję po zakończeniu sezonu podejmą włodarze „Rossoneri”, jednak wielce prawdopodobnym wydaje się, że popularny „Super Mario” trzeci raz w karierze zamelduje się na Wyspach. Kto wie, może tym razem się uda?







Około 300 kibiców witało na lotnisku w Turynie Immobile (fot. Twitter)



