Do niedawna etatowy reprezentant Polski, twardziel z charakterem, dla którego złamana noga to tylko delikatna rysa. W Brukseli nie mógł spokojnie przechadzać się chodnikiem, robić zakupów w centrum handlowym czy spacerować z psem. Bardzo szybko stał się pupilem kibiców. Zawsze oddawał całe serce dla swojej drużyny. Oddany, lojalny, z poczuciem humoru, szalenie inteligentny. Człowiek skała. Taki właśnie jest Marcin Wasilewski.
Kiedy spoglądałem na jego ambicję i wolę walki, to widziałem zawodnika rodem z Championship, w której więcej jest takich boiskowych zabijaków w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wkładają głowę tam, gdzie inni boją się włożyć nogi. W ich piłkarskim słowniku pojęcie „strach” nie istnieje. Nawet po przykrym zdarzeniu z 30 sierpnia 2009 roku, kiedy brutalnie uszkodził go Axel Witsel, obecnie zawodnik Zenitu Sankt Petersburg. Wtedy cała Polska ściskała kciuki za „Wasyla”. Wsparcie okazali także reprezentanci Polski, którzy na spotkanie z Irlandią Północną wyszli na boisko z koszulkami „Wasyl, jesteśmy z Tobą!”. Co ciekawe, to właśnie wtedy jedynego gola w tym spotkaniu strzelił 21-letni Robert Lewandowski.
Zawsze zastanawiałem się, dlaczego taki gracz dopiero w wieku 33 lat zdecydował się opuścić belgijski raj. Trudno było odciąć tę pępowinę, skoro wszyscy cię tak kochają, podrzucają do góry, traktują jak żywą legendę.
Jemu jednak zachciało się poczuć wyspiarski klimat, więc na stare laty wyemigrował do Leicester, żeby walczyć z nową drużyną o awans do Premier League. Już w pierwszym sezonie mu się udało. Dekadę czekali na promocję do wyższej klasy rozgrywkowej, a tu przychodzi Polak i awans zrobiony.
Zacząłem wspominki nieco od tyłu, więc trzeba już do końca pozostawić ten chronologiczny chaos. Zanim Marcin Wasilewski wsiadł w samolot i wylądował w Brukseli, przez pół sezonu występował w Lechu Poznań, choć pewnie zamiast tych 14 meczów i aż 5 bramek (!) wszyscy zapamiętamy tylko ten słynny pomeczowy wywiad.
W Championship był mocną podporą defensywy, ale po awansie było jasne, że standardy zdecydowanie wzrosną, poprzeczka powędruje dużo wyżej i dla sympatycznego „Wasyla” może nie starczyć miejsca w wyjściowym składzie. Na początku jeszcze grywał, bo kontuzję leczył Matthew Upson. Później gwałtownie wypadł z orbity zainteresowań szkoleniowca i rozsiadł się na ławce rezerwowych.
Wasilewski to nie jest jednak grajek, który łatwo godzi się z rolą zmiennika, więc na treningach w swoim stylu na pewno nie odstawia nogi. Gra twardo, ale nie jest boiskowym chamem, który tylko poluje na kończyny dolne. Bardzo lubiany wśród kolegów, kibiców i trenerów. Braki techniczne nadrabia walecznością. W „Teleexpresie” trafiłby do Galerii Ludzi Pozytywnie Zakręconych.
Z czasem w kadrze pełnił rolę kreatora atmosfery, dobrego ducha zespołu. Obecnie pałeczkę od „Wasyla” przejął Sebastian Mila, dużo grzeczniejszy. Adam Nawałka wolał postawić na bezpieczniejszą opcję. Zawsze istnieje ryzyko, że Peszko zechce poszukać towarzysza do picia i pojeździć z tureckimi taksówkarzami. Wtedy obok nie będzie „Wasyla”. Lepiej nie kusić losu.











