Przez ponad ponad 15 lat, z jednym wyjątkiem, w piłkarskiej Rosji wyraźną hegemonię miała Moskwa. Poza Ałanią Władykaukaz w 1995 roku, do 2006 włącznie ligę na pierwszym miejscu kończyła jedna z trzech stołecznych ekip: Spartak, Lokomotiw i CSKA. Jednak niedawno zakończony sezon okazał się już czwartym z rzędu, w którym tytuł mistrzowski znajduje się poza największym miastem Rosji. Czyżby magia Moskwy została złamana?
W pierwszej kolejności należy się zastanowić, jak to się w ogóle stało, że miało miejsce coś takiego, jak hegemonia Moskwy. Kwestia jest prosta do wyjaśnienia. Stołeczne drużyny znajdowały się w centrum Rosji, gdzie futbol cieszył się największym zainteresowaniem, toteż najwięcej w niego inwestowano. Z początku największy kraj świata miał jednego potentata w postaci Spartaka. Zespół „Miaso” był oczkiem w głowie najważniejszego miasta największego kraju świata i robiono wszystko, by „Czerwono-biali” byli na szczycie. W końcu jednak nie spodobało się to przedstawicielom Rosyjskich Kolei Państwowych, których fundusze przełożyły się na sukces Lokomotiwu. W końcu w to wszystko wmieszał się również Roman Abramowicz i będąca jego własnością kompania Sibnieft, dzięki czemu na szczycie znalazł CSKA.

Można zażartować, że czwarty rok z rzędu piłkarskie centrum Rosji mieści się już poza Moskwą. W tym czasie dwukrotnie tytuł mistrzowski przypadł Zenitowi Sankt Petersburg, a dwukrotnie Rubinowi Kazań. Kolokwialnie można stwierdzić, że i te triumfy również są efektem tych samych przyczyn. Świetnie to można odnieść do aktualnego czempiona. Sponsor klubu ze stolicy, którego, nawiasem mówiąc, zagorzałym kibicem jest rosyjski prezydent, to największe miejscowe przedsiębiorstwo, Gazprom. A ten nie szczędzi pieniędzy na transfery i pensje, by głowa państwa mogła się cieszyć z sukcesów swojego ulubionego klubu. Tymczasem, jeżeli chodzi o Rubin, sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej. Zespół z Tatarstanu budżet ma około dwóch razy mniejszy od każdego z wcześniej wymienionych potentatów. Jak to się stało więc, że team Kurbana Bierdyjewa dwukrotnie z rzędu wygrał ligę rosyjską, a nie mogą tego zrobić ekipy ze stolicy? Warto dodać tutaj, że Rubin, kiedy triumfował, wcale nie posiadał najsilniejszej kadry.
Co takiego, poza pieniędzmi, mają dwa kluby, które już czwarty sezon z rzędu dają prztyczka w nos piłkarskiej Moskwie? Mają coś, co można nazwać szczęściem albo nosem szkoleniowym, gdyż te pieniądze są mądrze wydawane. Podczas gdy Spartak i CSKA, a zwłaszcza Lokomotiw sprowadzały piłkarzy kompletnie się niesprawdzających, Rubin i Zenit poszły inną drogą. Kazańczycy mogli pochwalić się zakupem Siergieja Ryżykowa, Cesara Navasa, Witalija Kalieszyna i Rafała Murawskiego, którzy rzeczywiście stali piłkarzami podstawowego składu i decydowali o jego sile. Podobnie rzecz miała się w Zenicie. Ivica Kriżanac, Anatolij Tymoszczuk, Paweł Pogriebniak, a ostatnio Aleksandr Kierżakow i Danko Lazović w ogromnym stopniu spełnili pokładane w nich nadzieje. W CSKA i Spartaku tego brakowało, aczkolwiek ostatnio okno transferowe dało nadzieję na zmianę tego. Za dobre posunięcia należy uznać pozyskanie Andrija Dzikania, Dmitrija Kombarowa i Aidena McGeady’ego. W przypadku „Wojskowych” można piać z zachwytu, patrząc na sprowadzenie Vagnera Love, Seydou Doumbii, Zorana Tosicia, a wcześniej także Keisuke Hondy. A Lokomotiw? Tam, poza Ołeksandrem Alijewem, wszystkich można by odesłać z powrotem.











