Jeszcze niedawno popularny był stereotyp mówiący o tym, że Hiszpanie nie pokazują pełni swoich możliwości poza Półwyspem Iberyjskim. Co więcej, była to prawda i kiedy przychodziło im pokonać Morze Śródziemne i podpisać kontrakt z drużyną z Serie A, jakimś cudem forma uciekała, a pieniądze na nich przeznaczane, stawały się najgorszą z możliwych inwestycji. Od kilku lat mamy do czynienia z odwróceniem tego trendu i hiszpańscy konkwistadorzy z powodzeniem zaczynają budować swój wizerunek na włoskich boiskach.
Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że „Serie A należy do jednej z najtrudniejszych lig”. To ona bardzo często weryfikuje umiejętności zawodników, którzy zaistnieli w pamięci kibiców w innych ligach. Na przełomie wieków problem ten w szczególności dotykał Hiszpanów, nie mogących sobie poradzić w bardzie fizycznej i taktycznej lidze, niż Primera Division.
Takich problemów jak Hiszpanie, nie mieli z pewnością Holendrzy i Niemcy. To na nich, opierały swoje sukcesy wielki Milan i Inter końcówki lat 80-tych. Juventus miał pozytywne doświadczenia z Francuzami (Zinedine Zidane i Didier Deschamps), a Fiorentina i Lazio z Portugalczykami (Rui Costa, Fernando Couto).Tak więc piłkarze z ojczyzny Cervantesa, trafiając do Włoch, napotykali na olbrzymie oczekiwania, ostatecznie ich nie spełniając.
Francisco Javier Farinos, Ivan Helguera, Javier Portillo, Ivan de La Pena, Cesar Gomez, Jose Mari, aż w końcu Gaizka Mendieta. Wszyscy oni, przechodzili do Serie A z pieczątką “wielkiego talentu”, bądź już będąc ukształtowanymi piłkarzami. I wszystkich łączy wspólny mianownik – nieudana przygoda na Półwyspie Apenińskim. Oprócz Francisco Farinosa, który w Interze grał przez trzy lata (2000-2003) i ugruntował sobie pozycję solidnego, defensywnego pomocnika, cała reszta nie zagrzała we Włoszech dłużej, niż dwa lata. Chciałbym tutaj zastanowić się w szczególności nad przypadkiem tego ostatniego – Gaizki Mendiety, który miał wszystko, aby spełnić pokładane w nim nadzieje.
Uznano go za lidera nowego Lazio, zespołu, który miał odzyskać utracone na rzecz Romy Scudetto. Biancocelesti byli w tym okresie wielcy. Simeone,Nedved, Crespo, Stanković, Nesta, Poborsky. Te nazwiska muszą pobudzać wyobraźnię. A na ich czele miał stanąć on. Dwukrotnie wybrany najlepszym pomocnikiem Europy i dwukrotnie prowadzący legendarną Valencię do finału Ligi Mistrzów. Lider reprezentacji Hiszpanii, człowiek z niesamowitą wizją gry. Przechodząc do Lazio, latem 2001 roku, kosztował 48 milionów Euro, stając się najdroższym Hiszpanem i szóstym najwyższych transferem w historii. Kibice Lazio mieli prawo się spodziewać, że Mendieta odpali i zaprowadzi ich ukochany klub nawet do finału Ligi Mistrzów na Hampden w Glasgow.
Rzeczywistość jednak brutalnie zweryfikowała Mendietę. Zagrał w 20 spotkaniach Serie A… i w sumie tyle można napisać. Hiszpan był cieniem samego siebie, wyraźnie przegrywał rywalizację o skład z innymi, wielki tuzami tej ekipy i po sezonie został bez żalu oddany do Barcelony. Czy było jakieś logiczne wytłumaczenie nieudanej przygody Baska z włoską ziemią? Mówiło się, że piłkarz miał słabą psychikę i presja związana z transferem musiała go przerastać. Do tego dochodziła suma, za jaką go ściągnięto. Sam Mendieta do całej sprawy odnosił się w ten sposób: „Kiedy grałem w Lazio, nie myślałem o sumie, którą za mnie zapłacono. Z biegiem czasu muszę jednak przyznać – było to obrzydliwie dużo pieniędzy. W tym czasie w Lazio było dużo problemów zewnętrznych. Zmiany trenerów, problemy z Prezydentem. Było tego dużo”.












