Jeżeli jesteś w Niemczech, a co najmniej 8 na 10 mijanych samochodów to pojazdy z charakterystycznym znakiem VW, wszystko wskazuje na to, że wylądowałeś w Wolfsburgu – mieście Volkswagena i VfL, czołowego zespołu Bundesligi. Oba podmioty od kilkudziesięciu lat żyją ze sobą w symbiozie i krok po kroku dążą do budowy futbolowej potęgi.
Mnóstwo zieleni, staw nieopodal stadionu i biegające dookoła zające. Jeśli miałbyś wyśnić sobie perfekcyjne warunki na lokalizację obiektu piłkarskiego, prawdopodobnie właśnie tak wyglądałaby idealna miejscówka. Możesz dalej pozostać w sferze marzeń albo… wybrać się do Wolfsburga. W takiej scenerii położona jest bowiem Volkswagen Arena – stadion miejscowego VfL, który w trwającym sezonie Bundesligi jako jedyny zespół próbuje nawiązać walkę z wielkim Bayernem Monachium. Jeśli jednak pogoń za „Bawarczykami” ostatecznie nie przyniesie skutku (a wszystko na to wskazuje), kibice piłkarscy z miasta Volkswagena i tak nie powinni mieć powodów do narzekań. „Wilki” bowiem po raz pierwszy od sezonu 2008/2009 zakończonego zdobyciem krajowego czempionatu prawdopodobnie znajdą się na miejscu bezpośrednio umożliwiającym grę w elitarnej Lidze Mistrzów. Lokata na podium na mecie sezonu byłaby jedynym poważnym sukcesem od sześciu lat i jednocześnie dobrym prognostykiem na przyszłość. Ambicje właścicieli klubu wykraczają bowiem poza krajowe podwórko. Koncern Volkswagena przekazuje na działalność zespołu 95 milionów euro rocznie, ale w kuluarach mówi się, że kwota ta w przypadku awansu do Champions League wzrośnie o kolejne 55 milionów euro. Nic dziwnego, że z takim budżetem snute są mocarstwowe plany.

Zanim jednak piłkarze VfL swoją wyższość w najbardziej prestiżowych rozgrywkach w Europie udowodnią na boisku, warto przyjrzeć się klubowi od innej strony. Aktualny wicelider Bundesligi to dzisiaj nie tylko wysoki poziom piłkarski, ale również perfekcyjnie zaprogramowana maszyna organizacyjna. Najlepiej o tym przekonać się na miejscu, odwiedzając miasto w Dolnej Saksonii i udając się na stadion „Wilków”.
Wilk i zając – wersja niemiecka
Przyzwyczailiśmy się, że polskie kluby – z małymi wyjątkami – pod względem marketingowym dzieli przepaść od ich odpowiedników z krajów najsilniejszych lig europejskich. Na przykładzie Wolfsburga różnica ta wydaje się jeszcze bardziej widoczna. Pomysły, które serwują swoim sympatykom działacze „Wilków”, nie tylko wywołują podziw, ale przede wszystkim wzbudzają dużą zazdrość. Nie wierzycie? Udajcie się z nami na mały rekonesans.
W Wolfsburgu, podobnie jak na innych nowoczesnych obiektach w Europie, fanom oferuje się możliwość zwiedzania stadionu. Opcja taka jest zresztą coraz popularniejsza także w naszym kraju – tour po obiekcie przeprowadzają m.in. Legia, Lech czy też operator Stadionu Narodowego w Warszawie. W programie wizyty na Volkswagen Arenie znajduje się m.in. prezentacja lóż biznesowych, sali konferencyjnej, trybuny prasowej i szatni zespołu. Osoby, które zdecydują się na udział w nietypowej wycieczce, otrzymują również szansę zobaczenia strefy mixed zone, w której na zawieszonych na ścianie telewizorach wyświetlane są filmiki z najładniejszymi bramkami w wykonaniu graczy VfL, w tym słynne trafienie Grafite z meczu z Bayernem czy też jeden z goli zdobytych przez naszego rodaka Krzysztofa Nowaka.











