Raków Częstochowa zremisował z Widzewem Łódź 1:1 na zakończenie trzynastej serii gier PKO BP Ekstraklasy. Mistrzowie Polski ponownie zawiedli. Spotkanie do złudzenia przypominało ostatnią pucharową potyczkę ze Sportingiem, kiedy dopiero w drugiej odsłonie gospodarze zepchnęli rywala pod własną bramkę, ale finalnie wycisnęli tylko podział punktów. Nie można jednak nie odnieść wrażenia, że zespół sprzed przerwy na kadrę przy takim rozwoju wydarzeń zdołałby przepchnąć zwycięstwo.
Nie wygrał Śląsk Wrocław ani Lech Poznań, nie wygrały Jagiellonia Białystok i Legia Warszawa, to nie zwyciężył przed własną publicznością także Raków Częstochowa. Na trafienie głową Mateusza Żyry po rozegraniu rzutu wolnego odpowiedział po zmianie stron strzałem od słupka Jean Carlos Silva. Oba zespoły na murawie przy Limanowskiego 83 miały jeszcze kilka dogodnych sytuacji, ale szczęście uśmiechało się głównie w tyłach.
Raków nie wychodzi na mecz z szatni
Jeśli zawodnicy Rakowa Częstochowa zdecydowali się w ciągu ostatniego miesiąca wprowadzić jakieś przedmeczowe rytuały, to powinni je jak najszybciej usunąć lub zmienić, bo przynoszą skutek odwrotny do zamierzonego. Trzeci raz z rzędu ekipa „Medalików” traci bramkę w pierwszym kwadransie spotkania wskutek nie błędów indywidualnych, a słabej organizacji. Trener Dawid Szwarga na pomeczowej konferencji powiedział, że trudno wchodzi się w mecz, kiedy w pierwszych fragmentach przeciwnik znów strzela gola i trzeba gonić wynik, ale jego podopieczni takie wejście, a raczej jego brak, sami sobie fundują.
Piłka zatrzepotała w siatce Vladana Kovacevicia po kolejnym stałym fragmencie gry. Przypomnijmy, w ubiegły czwartek Portugalczycy wykorzystali złe ustawienie „Czerwono-niebieskich” przy rzucie rożnym. Tym razem szybkie podanie na skrzydło ze stojącej piłki do Mato Milosa i dośrodkowanie w strefę, gdzie łodzianie w powietrzu stworzyli sobie przewagę, zaskoczyło miejscowych, którzy w całej sytuacji popełnili elementarne błędy i podjęli kosztowne decyzje. Mimo odległości, jaka praktycznie nie pozwoliłaby Julianowi Shehu oddać groźny strzał, częstochowianie postanowili postawić trzyosobowy mur.
Nie byłoby w tym niemalże nic dziwnego, gdyby stanęła w nim trójka najniższych i najzwinniejszych zawodników, by zminimalizować zagrożenie siłowego wariantu. Ale jednym z wyznaczonych do postawienia ściany był Milan Rundić, czyli najwyższy z defensorów. Serb pod nieobecność Zorana Arsenicia i Adnana Kovacevicia jest głównodowodzącym przy obecnym kształcie formacji stoperów, mimo że opaskę kapitańską miał na ramieniu Fran Tudor, a w roli centralnego obrońcy debiutował tej niedzieli Bogdan Racovitan. Rumun został w tym przypadku w polu karnym, ale do frunących trzech zawodnikach Widzewa skoczyli jedynie Gustav Berggren i Ante Crnac, przegrywając tę bitwę.











