Raków Częstochowa wygrał trzeci ligowy mecz z rzędu przed własną publicznością. „Czerwono-niebiescy” ponownie nie zachwycili, ale jutro mało kto będzie szczególnie wspominał wrażenia artystyczne. Faktem jest, że „Medaliki” na już muszą odnaleźć rytm sprzed września i przerwy reprezentacyjnej. Całościowo i w niuansach.
ŁKS Łódź rozpędzał się przy Limanowskiego z każdą minutą. Pewnie w niektórych chwilach, nie znając drużyn, mielibyśmy problemy z odgadnięciem tej wyżej notowanej. Ale na bardzo wiele pozwolili mu tego wieczoru gospodarze.
– Podeszliśmy ze zbyt dużym respektem, na początku widać było brak pewności. Drużyna zrobiła wszystko, aby mecz zakończył się innym rezultatem, zabrakło nam skuteczności – ocenił szkoleniowiec beniaminka Kazimierz Moskal.
Niepewność
– Nie lubię stwierdzenia, że najważniejsze są trzy punkty. Chcemy wygrywać, prezentując się dobrze w każdej fazie gry. Czy tak było dzisiaj? Pewnie w wielu momentach tak, ale nie cały czas – podsumował krótko sobotnie starcie z łodzianami trener Dawid Szwarga. Rzeczywiście, bo choć spoglądając na statystyki, dostrzec można, że posiadanie piłki i przebiegnięte kilometry były na korzyść częstochowian, to pozostałe liczby w ofensywie przemawiały za „Rycerzami Wiosny”.
I chociaż otwarcie spotkania wskazywało na to, że RKS nie będzie miał większych problemów nad jego kontrolą, to jego piłkarze wielokrotnie do samego końca drżeli o trzy punkty. Szczególne podziękowania za dopilnowanie sprawy należałyby się napastnikowi rywali, Kayowi Tejanowi, który zmarnował dwie bardziej niż stuprocentowe okazje po złych zachowaniach kolejno Adnana i Vladana Kovaceviciów. Dodatkowo z linii bramkowej piłkę wybijał Bogdan Racovitan, a dośrodkowanie Kamila Dankowskiego obiło wewnętrzną część słupka.
To drugi kolejny mecz po starciu z Puszczą Niepołomice, w którym zawodnicy Rakowa Częstochowa rozegrali dużo słabszą drugą połowę w porównaniu z pierwszą. Co do nich kompletnie nie podobne. W tym momencie można zadawać pytanie, czy wpływa na to brak koncentracji i przesadzona pewność siebie czy rozkojarzenie spowodowane myślami o europejskich grupowych wojażach, które rozpoczną się już w najbliższy czwartek. Wiemy jedno – mistrzowie nie mogą zgubić świadomości, że nasze krajowe podwórko nie będzie spacerkiem.
Szczególnie zaskakujące było, jak łatwo miejscowi oddali przeciwnikowi środek pola, mimo że przyjezdni nie opierali na nim swojej gry. Pomijając występy indywidualne, o których w kontekście wielu piłkarzy można mówić różnie, wydaje się, że stuprocentowo z wyjściowym składem nie trafił tym razem trener Dawid Szwarga, który dopiero w końcówce korygował swoje decyzje świetnymi zmianami wspomnianego Racovitana czy Bena Ledermana i Gustava Berggrena. Cały mecz musiał wybiegać za to Bartosz Nowak, który od niepamiętnych czasów rozegrał pełne 90 minut. To trochę podsumowanie tego, jaki bałagan utworzył się na boisku z przebiegu gry.










