Po wczorajszej pierwszej odsłonie tego, czego można się spodziewać po nowym sezonie T-Mobile Ekstraklasy, niełatwo zachować optymizm. Abstrahując od absurdalnie niskiej formy mistrza Polski, postanowiłem przyjrzeć się sytuacji w innych ekipach, których wyczyny będziemy oglądać już od dzisiaj. Czego można spodziewać się po (niektórych) drużynach ekstraklasy?
Papierowy (?) faworyt
Jeśli okienko transferowe to polowanie, jego król w tym roku może być w Polsce tylko jeden. Mowa tu oczywiście o Lechii Gdańsk, która rozbiła bank, sprowadzając do siebie aż 13 nowych zawodników. Łukasik, Makuszewski, Pawłowski, Borysiuk, Możdżeń czy Trela to piłkarze, którzy mają zagwarantować drużynie z Trójmiasta podium, bo taki cel włodarze klubu wyznaczyli na obecne rozgrywki. Nowy szkoleniowiec, Joaquim Machado z Portugalii, miał mieć do dyspozycji budżet około 35 milionów złotych, co czyni z Lechii jednego z krezusów na krajowym rynku. Wyniki sparingów gdańskiego klubu są trudne do objęcia rozumem – z jednej strony łatwa porażka z Lechem Poznań 0:3, a potem okazałe zwycięstwo nad Panathinaikosem Ateny 4:0. „Lwy Północy” mają duży apetyt na to, by poważnie namieszać w lidze, i trzeba przyznać, że na papierze mają ku temu wszelkie argumenty. Jeśli szkoleniowcowi nie zabraknie pomysłu na ułożenie kolektywu, a zawodnicy będą potrafili ze sobą współpracować, może się okazać, że czwarte miejsce z ubiegłego sezonu faktycznie będzie można traktować w kategorii rozczarowania. Przyznać należy, że „Biało-zieloni” to drużyna budowana konsekwentnie, odważnie i z pomysłem. Takim inicjatywom warto kibicować, dają realną bowiem nadzieję na to, że w końcu zaczniemy – przynajmniej organizacyjnie – doganiać Europę, która uciekła nam już dobre 15 lat temu.
Uniknąć casusu Gliwic

Prawie dokładnie rok temu, 18 lipca 2013 roku, swoją przygodę z europejskimi pucharami rozpoczął Piast Gliwice. Czwarty zespół sezonu 2012/2013, prawdziwa rewelacja tamtych rozgrywek, po emocjonującym dwumeczu odpadł z Karabachem Agdam 3:4 (1:2 na wyjeździe, 2:2 u siebie po dogrywce). 365 dni później do swojej europejskiej walki staje bydgoski Zawisza, podobnie jak gliwiczanie rok wcześniej debiutujący na międzynarodowej arenie. Finał Superpucharu Polski udowodnił, że istnieje życie po Tarasiewiczu (który został szkoleniowcem Korony Kielce), jednak w drużynie znad Brdy trudno tak naprawdę o pełen optymizm. Po pierwsze – rywal w II rundzie eliminacji Ligi Europy jest zdecydowanie trudniejszy (Zulte Waregem to w końcu czołowa ekipa ligi belgijskiej),a po drugie atmosfera wokół klubu cały czas jest bardzo napięta. Kibole osiągają kolejne szczyty głupoty, bojkotując swój zespół, wyzywając piłkarzy (także tych niegrających już w klubie) od „wkładek do koszulek” i w końcu demolując mieszkanie właściciela klubu. Trzeba powiedzieć sobie wprost, to nie są dobre warunki do osiągania sukcesu, jednak może ściągnięcie do siebie grupy portugalskojęzycznych zawodników i trenera pozwoli odetchnąć drużynie psychicznie? Nie znając języka polskiego, łatwiej można odciąć się od absurdu otaczającej rzeczywistości. W Europie trzeba trzymać za Zawiszę kciuki (jak za każdy inny polski zespół), a jak sprawa się ma co do T-ME i Pucharu Polski? Powtórzyć ubiegłoroczny sukces z tych drugich rozgrywek będzie „Zetce” bardzo trudno, jednak awans do czołowej ósemki w lidze nie jest nieprawdopodobny. Wiele zależy od dwóch czynników – po pierwsze tego, czy Jorge Paixao znajdzie wspólny język z zawodnikami i wykorzysta potencjał swojej ekipy, a po drugie od tego, czy Radosławowi Osuchowi starczy cierpliwości, by użerać się z bandą kiboli, którzy nie potrafią odróżnić niechęci do właściciela od wspierania swojej drużyny. Kibice są od kibicowania, a nie polityki.












