Zwieńczeniem dziewiątej kolejki miał być pojedynek dwóch drużyn, które w ciągu tygodnia z powodzeniem walczyły o punkty w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Tottenham rozbił na Wembley kompletnie bezradny Liverpool i zbliżył się do wicelidera z Manchesteru. Podopieczni Jose Mourinho niespodziewanie ulegli 1:2 Huddersfield, podczas gdy ich rywale zza miedzy ograli Burnley i wciąż są niepokonani.
Tottenham na czwórkę
Po ograniu 7:0 słoweńskiego Mariboru Liverpool czekał bolesny powrót do ligowej rzeczywistości. Choć drużyna Sadio Mane Juergena Kloppa skazywana na porażkę nie była, to „The Reds” z kretesem ulegli będącemu na fali Tottenhamowi. „Koguty” rozpoczęły pojedynek od mocnego uderzenia, szybkie dwie bramki sprawiły, że wiarę w końcowy sukces stracili nawet najzagorzalsi fani Liverpoolu. Do jakże świetnego początku Tottenhamu walnie przyczyniła się postawa Dejana Lovrena. Swoją grą Chorwat załatwił sobie fajrant już w 30. minucie meczu.
Niespodziewanie bramkę kontaktową dla podopiecznych Juergena Kloppa zdobył Mohamed Salah, ale tak nie pasowało to do obrazu gry, że nawet piłka toczyła się w stronę siatki jakoś tak niemrawo. W doliczonym czasie pierwszej połowy ważnego gola na 3:1 zdobył Dele Alli. I trzeba tu dodać, że biorąc pod uwagę przebieg pierwszej części – trzy bramki to dla Liverpoolu zdecydowanie najniższy wymiar kary. W fatalny obraz defensywy „The Reds” wpisał się też Simon Mignolet, który zawinił przy pierwszym i czwartym golu strzelonym przez „Koguty”. Najpierw dał się ominąć Harry’emu Kane’owi, który otworzył wynik, strzelając do pustej bramki, by w drugiej połowie bardzo niepewnie interweniując, podarować angielskiemu napastnikowi gola uzupełniającego dublet.
W drugiej połowie wyróżniającą się postacią był za to vis-a-vis Mignoleta, który kilkakrotnie popisywał się fantastycznymi interwencjami. Dobre spotkanie rozegrał również Son, który głównie na początku meczu nękał rywali swoimi strzałami i podaniami. Tottenham wypadł na Wembley bardzo dobrze, co jest ważne zwłaszcza w obliczu kolejnej kolejki, gdzie w bezpośrednim pojedynku powalczy z Manchesterem United o pozycję wicelidera.
Przełamanie „Kanonierów”
Mecz pomiędzy Evertonem i Arsenalem miał być spotkaniem drużyn, które w ostatnim czasie borykały się z problemami. Arsenal w złym stylu przegrał z Watford i w obliczu niewybrednych komentarzy Troya Deeneya znów stał się obiektem żartów. Rozpaczliwie szukający formy Everton swojej szansy mógł wypatrywać właśnie w meczu z „Kanonierami”. I rzeczywiście, jakiś przebłysk nadziei pojawił się już po kwadransie gry. Błędy Granita Xhaki oraz arbitra, który nie zauważył, że Szwajcar był faulowany, wykorzystał Wayne Rooney i pomimo znacznej przewagi Arsenalu to Everton objął prowadzenie. Wynik spotkania wyrównał przed przerwą niemal nieomylny w tym meczu Nacho Monreal i tym samym przywrócił podopiecznych Arsene’a Wengera do gry.











