Wałęsa sam obalił komunę, a Rafał Wolski sam odmienił grę Wisły Kraków i wyciągnął ją z dołka. Choć oba te zdania są fałszywe, to ze względu na apolityczny charakter tekstu nie będziemy więcej poruszać tematu Bolka byłego prezydenta. Wolski to jednak inna para kaloszy – kaloszy, które wielu koniecznie chce wcisnąć w otwarte ręce Adama Nawałki.
Był 27 maja 2012 roku. Franciszek Smuda ogłosił kadrę na polsko-ukraińskie Euro. Zabrakło miejsca dla Kucharczyka, Glika czy Jodłowca, jednak zaufaniem obdarzono 19-letniego wówczas Wolskiego, który swoimi występami w Legii zdobył serca selekcjonera, ekspertów i wielu kibiców.
– Młody jest, zdobędzie doświadczenie, to będzie procentować w przyszłości – tak tłumaczono decyzję sztabu szkoleniowego, który wziął pod swoje skrzydła „talenciaka” z Warszawy. Rzeczywistość była taka, że Wolski przez 270 minut polskiego Euro polerował tyłkiem ławki na warszawskiej i wrocławskiej ławce rezerwowych. Ani razu nie podniósł się z ławki, Smuda nawet nie zerknął na niego swoim analitycznym, pełnym świetnego rozeznania na temat panującej sytuacji wzrokiem.
Mimo wszystko Wolski znalazł się w kadrze na jedną z najważniejszych, jeśli nie najważniejszą, imprez w historii polskiego futbolu. Dlaczego? Bo w polskiej lidze ogrywał widzewiaków, lubinian, bełchatowian, czyli – w skrócie rzecz ujmując – cała plejadę ligowego paździerzu. I podobnie rzecz ma się dzisiaj.

Znów Wolski zachwyca, znów kręci obrońcami, asystuje, strzela, a w szatni z pewnością mówi się, że w obecnej sytuacji nogą mógłby zawiązać krawat. Już przebijają się głosy, że trener Nawałka powinien tego człowieka sprawdzić w kadrze narodowej. I to nie po turnieju we Francji, na który kadra wydaje się wykrystalizowana. Nie. Trzeba go sprawdzić teraz, zaraz, na gwałt. Najlepiej zorganizować awaryjne zgrupowanie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, podczas którego zagramy z reprezentacją Nibylandii i Ziemiomorza. Wolski gra pierwsze skrzypce i już ma w kieszeni bilet do Francji.
Ironia, acz ironia w pełni uzasadniona. Wolskiemu nie można odmówić jednego – techniki. Dzięki niej robi z obrońcami, co chce. Jednak rzeczonym obrońcom brakuje tylko jednej rzeczy, aby stać się pełnoprawnymi piłkarzami – jakichkolwiek umiejętności.
Wisła, której Wolski stał się postacią numer jeden, w iście ekspresowym tempie z drużyny skazywanej na spadek stała się pretendentem do gry w czołowej ósemce i o mały włos nie spłatałaby figla. Jednak trzeba jasno i otwarcie powiedzieć, że wiosenni rywale „Białej Gwiazdy” nie byli z najwyższej półki. Nie byli nawet z tej półki prawie najwyższej. Do półki rywali Wisły nie trzeba nawet dostawać stołka. Jak nie pogrążeni w kryzysie (Jagiellonia), to tonący w długach (Ruch). I właśnie na takich rywalach wypłynęła postać Rafała Wolskiego.











