Mając już w oczach kilkaset kilometrów zmieniającego się za oknem krajobrazu, oparty o szybę w busie spojrzałem w pustkę pola rzepaku i uderzyła mnie pewna myśl. Jakże fascynujący wydał mi się wówczas fakt, iż na przestrzeni kilku godzin – a może właśnie w tym momencie – tysiące ludzi na całym świecie spakuje kilka luźnych ciuchów i wybierze się w podróż do tego samego miejsca. Miasta żywego całą dobę, łączącego przyszłość z przeszłością, mieniącego się kilkuset kolorami, stolicy wypełnionej przeróżnymi narodowościami, areny finału Ligi Mistrzów 2015 roku – Berlina.
Będąc jednym z tych kilkuset tysięcy przybyłych w okolice Bramy Brandenburskiej, atmosferę piłkarskiego święta mogłem doświadczyć wszystkimi zmysłami. Poczuć (chociaż akurat wszędobylski zapach wurstów nie należy do najprzyjemniejszych), dotknąć, zobaczyć, usłyszeć i posmakować.
W Berlinie „zobaczyć” na co dzień można wiele. W oficjalnych folderach informacyjnych miasto chwali się prawie 180 muzeami i 440 galeriami. Stolica Niemiec to dla turysty uczta dla oczu. Od piątku 6 czerwca głównym jej daniem była jednak piłka nożna. I zarówno dzięki organizatorom, jak i przede wszystkim dzięki kibicom futbolu był to posiłek wart każdego przejechanego kilometra.
***
Wyłaniam się z ciemnego tunelu metra w pędzącym żółto-czerwonym wagoniku, a moje oczy po krótkim przyzwyczajeniu się do światła widzą już pierwsze reklamy związane z berlińskim finałem. Kilka koszulek Barcelony i Juventusu przemieszczających się w stronę wyjścia upewnia mnie, że do pełnego zanurzenia się w berlińskiej gorączce futbolu zostało ledwie kilka minut. Wagonik powoli zwalnia, odwracam głowę i widzę: Brandenburger Tor. Zaczęło się.
***

Kilka pokonanych schodów i moje oczy urzeka zarówno piękna fasada hotelu Adlon, jak i błysk lakieru podjeżdżających co chwila mercedesów. Na oślepiający blask pełnego słońca odbijającego się od UEFA-owskich przypinek lekko mrużę oczy i dużo wyraźniej mogę zobaczyć epicentrum piłkarskiego trzęsienia ziemi w Berlinie. Tysiące stóp zmierza w stronę wielkiej bramy, na której napis „Final Berlin 2015” zachęca do rzucenia się w wir zorganizowanej przez włodarzy miasta zabawy.
***
Do uszu docierają już pierwsze hiszpańskie i włoskie zgłoski ułożone nad pięciolinią nut. To żaden konkurs na stadionowe przyśpiewki czy „Bitwa na głosy”, to płynący ze szczerej radości osiągniętym celem podróży śpiew na cześć swoich ulubieńców. Z gardeł kibiców „Juve” najczęściej dobywają się dźwięki Lotta E Non Mollare Mai, natomiast fani Barcelony świętują swoją szansę na tryplet znanym całemu światu .















