Tak, wiem. Pompowanie balonika. Tak było przed Koreą, tak było przed Niemcami, nie inaczej jest przed Austrią. No i oczywiście przed rodzimym Euro. W żadnym z tych przypadków nie można było zauważyć jednego – tego, że zespół zmierza w dobrym kierunku przed samym turniejem.
Z jednej strony mamy bardzo dużo czasu do imprezy we Francji (oby tylko się odbyła!). Z drugiej – przed poprzednimi turniejami już dość wcześnie było widoczne niebezpieczne rozprężenie, ewentualnie pierwsze stresy zawodników – ktoś przecież z selekcji musiał wypaść. Teraz tego nie ma. Wychodzimy na Islandię i tracimy szybką bramkę po dziwnym karnym. Od razu widać w nas determinację do odrobienia tej straty. Dopadamy rywala, kończymy z czwórką z przodu. Tak ma być.
Przyjeżdżają Czesi, mecz gramy na stadionie, który przywołuje w nas bolesne wspomnienia. Niczym Stambuł dla Milanu, Maracana dla Brazylii i Old Trafford dla Romy. Wychodzimy bez respektu dla Petra Cecha, szybko wbijamy dwa gole i kontrolujemy mecz. Coś, co jeszcze dwa lata temu wydawało się niedoścignionym marzeniem, zaczyna się ziszczać. Polacy nareszcie zaczynają grać na miarę potencjału pojedynczych jednostek. A ten, jak doskonale wiemy, jest niemały.

Co warto podkreślić po tych dwóch meczach? Godni uwagi na pewno są wykonawcy. Bartosz Kapustka – wiemy, że nie można go przesadnie głaskać. Ale to tarnowianin, więc ręczę za niego swoją lewą dłonią. Piłkarz Cracovii wszedł z Islandią i strzelił piękną bramkę. Wyszedł na Czechów i zaliczył fantastyczną asystę. Zwróćcie uwagę na jedno, kiedy będziecie oglądać powtórki bramki Milika. Kapustka biegnie, PODNOSI GŁOWĘ i znakomicie dośrodkowuje. Idealna siła, znakomita precyzja. Inteligentny skrzydłowy, w naszym kraju towar mocno deficytowy.
Boiskowa pewność siebie Bartosza nie wzięła się znikąd. Kiedy Nawałka powołał go po raz pierwszy, nominację przyjęto raczej sceptycznie. O wiele bardziej zasługiwali na to przecież Cetnarski z Dąbrowskim. Tymczasem nie dość, że młody nie zawiódł, to jeszcze zamienił się w bestię w lidze. Teraz to najlepszy asystent w ekstraklasie i człowiek, który niemal nigdy nie gra słabego meczu.
Inna ciekawostka. Z Islandią pozamiatał Zieliński, z Czechami nie wstał nawet z ławki. Trener uznał, że pora przetestować Jodłowca i Linettego i również się nie zawiódł. Adam Nawałka nie boi się ryzykować, i jak dotąd nie ma też powodów, by porzucić swój styl poszukiwań.
Martwić mogą dwie sprawy. Pierwsza to brak odwagi przy testowaniu opcji w ataku. Nieobecność Roberta Lewandowskiego w drugim z meczów towarzyskich była wręcz idealnym momentem dla Mariusza Stępińskiego czy Artura Sobiecha na pokazanie swoich umiejętności. Gdyby doszło do koszmarnego scenariusza, w którym tracimy na jakiś ważny mecz naszą największą gwiazdę i towarzyszącego mu Arkadiusza Milika – tracimy wszystkie przetestowane opcje. Inna kwestia, że znając Nawałkę, ten wyciągnąłby z kapelusza kogoś, kto zagrałby mecz życia.











