Na początek niedzielnego grania w ekstraklasie Śląsk pewnie pokonał swojego zgodowicza z Legnicy i zrobił duży krok w kierunku utrzymania. Teraz pozostaje im liczyć na potknięcie rywali. Przynajmniej do końcowego gwizdka w meczu Wisły Płock z Rakowem Częstochowa wrocławianie wydostają się ze strefy spadkowej. Czy Śląsk rzutem na taśmę zatrzyma elitę na następny rok?
Każdy inny wynik niż dzisiejsze zwycięstwo WKS-u byłby sporym zaskoczeniem. Ba! Sensacją. I to nie tylko dlatego, że niektórzy dopatrywali się aspektów pozasportowych przed samym początkiem spotkania. Do tych doniesień na pomeczowej konferencji odniósł się trener pokonanej Miedzi, Grzegorz Mokry.
– Nie było żadnej wizyty kibiców na treningach, żadnych rozmów, nie poddawaliśmy się temu, o czym się mówiło. Mamy tyle ambicji sportowej w sobie, żeby zawsze grać o zwycięstwo.
Na ambicjach się skończyło. Obie drużyny zaczęły to spotkanie dość nerwowo, ale później do głosu doszli gospodarze. Przed otwarciem wyniku dwoma świetnymi interwencjami wybronił gości Mateusz Abramowicz. Na szczęście dla kibiców WKS-u po wrocławskim boisku biega John Yeboah.
Defensywa Miedzi woła o pomstę do nieba
Do wielu zawodników Śląska ich fani mogliby mieć pretensje. Ale z pewnością nie do Johna. Dziś dołożył od siebie kolejną cegiełkę w kierunku utrzymania WKS-u w PKO BP Ekstraklasie. Przy golu otwierającym wynik meczu podał do Michała Rzuchowskiego, by ten mógł asystować przy trafieniu Petra Schwarza. Sam od siebie dołożył dwa trafienia. Po pierwszym golu gospodarze poszli za ciosem. Dwie minuty wystarczyły im na podwyższenie prowadzenia. Indywidualna akcja wspomnianego Yeboaha, strzał po długim słupku i Abramowicz po raz kolejny wyciągał piłkę z siatki.
Niemiec korzystał dzisiaj ze wszystkich swoich atutów. W sumie przy tak miernej defensywie „Miedzianki” aż nie wypada robić nic innego. Prezentów rozdawali tyle, że niejedno dziecko skakałoby z radości. Kwintesencją ich postawy była bramka Nahuela na 3:1. Chociaż nie ożywił gry, rozpoczynając kontratak, który mógł doprowadzić do Spalony, jak podkreślają eksperci od prognoz piłkarskich, Miedź tak klepała piłką we własnym polu karnym, że w końcu ją straciła i dała sobie wbić kolejnego gola. Fatalna postawa podopiecznych nie umknęła Grzegorzowi Mokremu.











