Wayne Rooney strzelił pięć bramek w czterech ostatnich spotkaniach – takiej skuteczności nie powstydziłby się żaden piłkarz na świecie. Sytuacja jest o tyle dziwna, że mówimy o zawodniku, którego podczas trwającego sezonu wielu wysyłało już na piłkarskie peryferia. Czy nagły wzrost skuteczności jest pierwszym symptomem odrodzenia się Anglika?
W niedzielnym meczu z Liverpoolem Anglik pobił jeden z najważniejszych rekordów Premier League – nikt przed nim nie strzelił tylu bramek dla jednego klubu w historii ligi. 176. trafienie napastnika Manchesteru United to ewenement, który jeszcze przez wiele lat nie zostanie powtórzony. A to wcale nie koniec strzelania – nie była to przecież ostatnia bramka w wykonaniu Rooneya, jaką zobaczymy. Były zawodnik Evertonu ma na koncie 242 trafienia dla drużyny z Old Trafford, co plasuje go na 2. miejscu zaraz za sir Bobbym Chartlonem, jedną z największych legend klubu. Różnica dzieląca naszego bohatera od legendy z lat 70. to zaledwie siedem bramek, wobec tego jesteśmy pewni, że już niedługo 30-latek będzie najskuteczniejszym goleadorem w dziejach klubu z Manchesteru.
Pytanie brzmi: czy nastąpi to już w tym sezonie? Z klubu odeszli: van Persie, Falcao i Chicharito, a Rooney gra dzisiaj na szpicy. Przed obecną kampanią szumnie zapowiedział, że strzelenie 25 bramek jest w jego zasięgu, co było podawane w wątpliwość przez fakt, że ostatnie trzy sezony to kolejno: 16, 19 i 14 trafień we wszystkich rozgrywkach. W tym czasie nie grał jednak jako wysunięty napastnik – albo był cofnięty, albo był rzucany na wszelkie dostępne pozycje w pomocy. Następstwem tego odwyku była utrata snajperskiego nosa, co mogliśmy obserwować przez całą rundę jesienną. Strzelił w niej zaledwie siedem bramek, z czego trzy w meczu eliminacji do Ligi Mistrzów ze słabiutkim Clube Brugge i jednego z drugoligowym Ipswich Town w ramach Capital One Cup.
W Lidze Mistrzów wpisał się na listę strzelców raz, na krajowym podwórku zaś do 19. kolejki udało mu się strzelić zaledwie dwa gole w 15. spotkaniach. Gole to jedno – drugie to sama gra Brytyjczyka. Nudna, niedokładna, bez zapału, bez pokazywania choćby krzty umiejętności, jakimi od kilkunastu już lat raczył zadziwiać fanów. To w Rooneyu (zaraz obok Louisa van Gaala) widziano główną przyczynę wszelkich niepowodzeń jedenastki z czerwonej części Manchesteru, której przecież zawodnik z dychą na plecach jest kapitanem. Mimo to Holender konsekwentnie stawiał na swojego podopiecznego, ten jednak w żaden sposób nie rewanżował się na boisku. Śmiało możemy powiedzieć, że w przełożeniu pieniędzy na boiskowe umiejętności przez minione pół roku Rooney był najbardziej przepłaconym piłkarzem z pięciu czołowych lig Europy.











