Są bohaterami narodowymi i jedynymi przedstawicielami włoskiej piłki w półfinałach Ligi Mistrzów. Losowanie połączyło ich z inną sensacją tego sezonu – Liverpoolem. Eliminując niespodzianie jednego z faworytów do złota, rzymianie zyskali ogromny szacunek w oczach nie tylko swoich kibiców. Mają szansę stać się jedną z największych niespodzianek w historii Ligi Mistrzów, tak jak w 2004 roku FC Porto.
Złudne szczęście rywali
Po losowaniu ćwierćfinałowych par tegorocznej Ligii Mistrzów można było odnieść wrażenie, że najbardziej zadowolone z jego wyników są Bayern oraz Barcelona. Ci pierwsi w dwumeczu zmierzyli się z Sevillą, którą ostatecznie pokonali. Barcelona zaś trafiła na Romę. I chociaż po pierwszym spotkaniu wszyscy zamknęli już sprawę awansu „Barcy” do półfinału, tak drugi mecz przyniósł jedną z największych sensacji w historii Ligi Mistrzów. Cały piłkarski świat patrzył z niedowierzaniem na Rzym i przecierał oczy ze zdumienia. Oto wielka i rozpędzona jak lokomotywa w tym sezonie „Barca” traci najpierw jedną, potem drugą i w końcu trzecią bramkę. A w dodatku nie jest w stanie kompletnie nic z tym zrobić. Kiedy budzi się z letargu i rusza do ataku, wydaje się, że jest już za późno. Na pięć minut przed końcem tylko cud mógł uratować „Blaugranę”.
https://twitter.com/CommentaryLimbs/status/984139728265076736
Cudu jednak nie było. Po ostatnim gwizdku arbitra cały Rzym wpadł w euforię. Nagrania szalejących z radości kibiców na ulicach czy prezesa klubu wpadającego do basenu obiegły cały świat. Bardzo wymowna była też reakcja na oficjalnym koncie na Twitterze drużyny. Nie ma się czemu dziwić – na „Giallorosich” nikt nie stawiał. Nikt o zdrowych zmysłach nawet nie odważył się powiedzieć przed rewanżem, że „Barca” na Stadio Olimpico odpadnie z rozgrywek. Roma stała się więc bohaterem całych Włoch, nadzieją na to, że włoska piłka ma się naprawdę dobrze. Po odpadnięciu Juventusu jedynie w nich zostaje nadzieja. Rzymianie zaś mają jedną główną przewagę – nic nie muszą. Nie ma na nich żadnej presji, a to w połączeniu z wiarą we własne umiejętności, jaką zdobyli po ostatnim meczu, może sprawić, że staną się cichymi faworytami do złota.
Analogie z przeszłości
Historia pokazuje, że takie niespodzianki naprawdę się zdarzają. W 2004 roku w podobnej sytuacji było portugalskie FC Porto. Klub pod wodzą Jose Mourinho pokonał w finale faworyzowane AS Monaco, eliminując po drodze chociażby Manchester United. Wtedy też nikt na nich nie stawiał. Sprawili ogromną niespodziankę, wygrywając finał aż 3:0. Niektórzy twierdzą, że nic dwa razy się nie zdarza, inni mówią, że historia lubi się powtarzać. Jak będzie w tym przypadku?












