Bo Bundesliga to nie tylko wyścig Bayernu i Borussii po mistrzowską paterę. To nie tylko rywalizacja Schalke i Gladbach o miejsce na podium czy szaleńczy pościg VfL Wolfsburg za miejscem gwarantującym grę w pucharach w przyszłym sezonie. To także walka o utrzymanie. W tym momencie spać spokojnie nie mogą kibice aż dziewięciu drużyn, które walczą o byt w najwyższej klasie rozgrywkowej. Chociaż z nich wszystkich zdecydowanie najlepiej drzemie się kibicom Freiburga, których ulubieńcy powrócili zza światów i w tylko sobie znany sposób opuścili ostatnie miejsce w tabeli.
W ciągu pięciu ostatnich kolejek klub z Badenova-Stadion odniósł cztery zwycięstwa, czyli dokładnie tyle samo co przez poprzednie 23 kolejki razem wzięte. Gdy 25 lutego zawodnicy Freiburga zostali porządnie zlani przez VfB Stuttgart, wszyscy postawili na nich krzyżyk i zaczęli się zastanawiać, kto oprócz nich spadnie do niższej ligi. Wtedy stało się coś niewyobrażalnego. Bramkarz SC w końcu zaczął łapać lecące ku niemu piłki, obrona sprawiała, że tych piłek do łapania miał nieco mniej, pomocnicy zaczęli celnie podawać, a napastnicy strzelać gole. Praca nowego szkoleniowca Christiana Streicha zaczęła dawać owoce i kibice klubu z południa Niemiec chyba sami nie wierzyli w to, co widzieli. Nawet najwięksi optymiści nie spodziewali się, że z takimi rywalami, jak: Schalke, Borussia M’Gladbach, HSV, Kaiserslautern i Bayer Leverkusen, uda ugrać się aż 13 punktów. Cztery zwycięstwa i jeden remis. Teoretycznie z drużynami z Gelsenkirchen, Moenchengladbach i Leverkusen grający w czerwono-czarnych trykotach zawodnicy byli bez szans, a o punkty walczyć powinni tylko z „Czerwonymi Diabłami” i hamburczykami.
Jak się okazało po raz kolejny, piłka nożna jest nieprzewidywalna i nawet grający do tej pory fatalnie zawodnicy, dodatkowo pozbawieni lidera, najlepszego strzelca i największej gwiazdy w jednej osobie – Papissa Demby Cisse, zaczęli w końcu punktować. Naprawdę wór ze złotem temu, kto przewidział albo chociaż wierzył w taki obrót spraw. Ile razy to już widzieliśmy? Klub, który już jest niemal pewny spadku, godzi się z takim obrotem spraw, sprzedaje najlepszych zawodników, aby jeszcze w miarę godnie na nich zarobić. Po degradacji przychodzi czas wzmocnień i walka – z której skutecznością bywa różnie – o awans w następnym sezonie. Tak też wyglądało to, co zrobili działacze Freiburga. Sprzedaż Cisse do Newcastle za 12 milionów euro miała zapewnić wzmocnienia w następnym sezonie, które z kolei pozwoliłyby na szybki powrót do elity.
Bez Cisse też da się zdobywać bramki, co przed odejściem Senegalczyka było nie do pomyślenia. Niech za komentarz posłuży garść statystyk – czarnoskóry napastnik do tej pory jest najskuteczniejszym zawodnikiem Freiburga. Jego dorobek, dziewięć goli, to prawie 0,25 procent wszystkich ligowych bramek tego zespołu. A w klubie nie ma go już od prawie trzech miesięcy. Nic dziwnego więc, że wraz z jego odejściem nawet najwierniejsi fani stracili nadzieję na pozostanie w Bundeslidze.
Wtedy nadszedł niespodziewanie wygrany 2:1 z Schalke mecz, który rozpoczął świetną serię, i wszystko zmieniło się o 180 stopni. Punkty zaczęły się pojawiać, gole zaczęły padać, a Oliver Baumann, najjaśniejszy od kilku spotkań punkt SCF, zaczął bronić jak szalony. Niemożliwe stało się faktem i Freiburg opuścił nie tylko ostatnie miejsce w tabeli, ale nawet i strefę spadkową. Co prawda nad Koeln będącym na 16. miejscu (którego zajęcie równoznaczne jest z koniecznością rozegrania barażu o pozostanie w lidze) ma tylko trzy punkty przewagi, ale to i tak sporo, biorąc pod uwagę, że jeszcze pięć kolejek temu miał do „Kozłów” sześć punktów starty. Złapany w żagle wiatr pcha na razie „Breisgau-Brasilianer” do przodu i trzeba przyznać, że wygląda to całkiem nieźle. Zawodnicy nie grają porywającego futbolu, nie stwarzają sobie 20 sytuacji na mecz i nie odgrywają piłki piętką, ale taktycznie nie ma im czego zarzucić. Każdy z przebywających na boisku zawodników wie, co robi, i świetnie realizuje założenia trenera. Coraz lepiej prezentuje się defensywa, która do tej pory była największą bolączką zespołu, i trzeba przyznać, że kluczowym wydarzeniem było pozyskanie Fallou Diagne – 21-letniego stopera z francuskiego drugoligowca FC Metz. Twardy jak skała obrońca poukładał nieco grę defensywną i z nim w składzie wygląda ona o wiele lepiej.









