Jak wiadomo, w naturze najlepiej przyciągają się przeciwności. Z połączenia ognia i wody wychodzą najlepsze dostępne kombinacje, warto łączyć skrajne odmienności, gdyż te dają najlepsze rezultaty. Premier League od zawsze wydawała się ligą dla ludzi o aparycji buldożerów, ceniących wyżej polowanie na nogi przeciwników aniżeli finezyjne zagrania.
Tak samo jak światowe trendy w piłce nożnej ewoluowała liga angielska. Zaczęto łączyć przyjemne z pożytecznym. Sukces sportowy, a wraz z nim marketingowy otworzyły podwoje ligi dla piłkarzy z krajów, których nacje teoretycznie nie są predysponowane do siłowej, fizycznej gry, tak namiętnie pożądanej od pokoleń przez Anglików. Na salony wkradł się spryt, technika, zmieniła się wreszcie sama definicja fizyczności piłkarzy. Nie musisz już być Vinniem Jonesem i przekładać przeciwników po murawie jak naleśniki na patelni, żeby coś znaczyć w Premier League. Takie credo przede wszystkim obrali sobie Hiszpanie, którzy postanowili zdobyć Wyspy.
Fernando Torres (fot. Skysports.com)
Hiszpański styl gry wywołuje ambiwalentne odczucia u większości miłośników futbolu. Nie sposób nie doceniać sukcesów „La Furia Roja”, ich globalnej dominacji. Nie można pozostać obojętnym na styl gry praktycznie bez klasycznego napastnika, polegający na nieustającej zmianie pozycji ofensywnych pomocników, niemożliwych do zdefiniowania i przypisania do konkretnej roli na boisku. Każdy z nich może zostać nagle egzekutorem, dostać piłkę na wolne pole i skończyć akcję z zimną krwią godną Gary’ego Linekera. Bywają skrzydłowymi, bywają klasycznymi playmakerami. Niektórych kibiców znowu męczy oglądanie takiej piłki. Ktoś ją mądrze nazwał ofensywnym zabijaniem piękna gry. To catenaccio XXI wieku. Hiszpanie odwrócili bieguny światowych kanonów futbolu i sami zdefiniowali własny sposób na unicestwienie woli walki w przeciwnikach. Ci najczęściej biegają jak głupi, próbując wyrwać piłkę, ale ta i tak znów wraca i oglądamy następne kilkadziesiąt krótkich podań odbierających chęć do gry drużynie przeciwnej. „De gustibus non est disputandum”, dlatego nie na preferencjach estetycznych się tutaj skupimy, a na szerszym, globalnym wręcz ujęciu hiszpańskiego stylu gry powoli dominującego najlepsze drużyny Premier League. Przyszło nowe i owo zjawisko przyjęło się także na angielskim gruncie. Przeszczep się udał, a niemalże każdy klub próbuje lub myśli, żeby mieć jakiegoś Hiszpana. Zaczyna to przypominać troszkę boom, jaki dokonał się w polskiej lidze koszykówki w połowie lat 90. Nieważny był poziom sportowy, ważne było by mieć w zespole czarnoskórego gracza, a jak był jeszcze z USA, to w ogóle był high-life America. Hiszpanie postanowili gonić byczka Fernando z dala od rodzimej ziemi i idzie im to jak na razie wspaniale. Zaadaptowali się także do nowych realiów, łącząc wrodzoną finezję z etosem ciężkiej, fizycznej pracy tak bliskim przecież sercom Anglików. Zawodnicy z Półwyspu Iberyjskiego nabrali tężyzny, nauczyli się starć z rosłymi defensorami, przestali odstawiać nogę, wreszcie stali się twardsi, lepsi. Przyjrzyjmy się zatem torreadorom przyciągającym publiczność na areny w kraju przyzwyczajonym bardziej do brutali pokroju Graeme’a Sounessa niż wirtuozów takich jak Xavi czy Iniesta.
Nie sposób nie zacząć od czwórki graczy instytucji, jeśli chodzi o propagowanie hiszpańskiej marki na angielskiej ziemi, czyli Fernando Torresa, Cesca Fabregasa, Pepe Reiny i Xabiego Alonso. Oczywiście Mikel Arteta gra na Wyspach dłużej (także liga szkocka), a i Alvaro Arbeloa oraz nieco zapomniany już Jose Antonio Reyes przez chwilę budowali parę lat temu renomę Hiszpanów w Anglii. Żaden z nich natomiast nie poruszał tak masowo wyobraźni jak właśnie „El Nino”, Cesc, Xabi i Reina. Nie będziemy zajmować się jednak przypadkiem Fabregasa i Alonso, gdyż najzwyczajniej w świecie już ich tutaj nie ma, wybrali bowiem oni powrót do domu, do Hiszpanii. Skupimy się na Torresie i Reinie. To właśnie popularny „Dzieciak” wdarł się przebojem do Premier League, kradnąc serca tysięcy kibiców, nie tylko tych z Anfield Road. Blond włosy napastnik przez cztery długie lata taśmowo zdobywał gole dla „The Reds”, uzbierał 65 trafień w 102 ligowych meczach, w tym aż 24 w swojej pierwszej kampanii. Nic co dobre nie trwa jednak wiecznie i Fernando z powodu braku sukcesów postanowił zmienić otoczenie i w styczniu 2011 roku za 58,5 miliona euro trafił na Stamford Bridge, wzbogacając dorodną już ekipę Romana Abramowicza. Wszyscy znamy perypetie Hiszpana, jego próby odnalezienia zagubionej formy z czasów „The Reds”, wydaje się jednak, że ma to już za sobą i to znów jest ten stary dobry Fernando z czasów Atletico, a później Liverpoolu. Znów wozi się bezczelnie z piłką, za nic mając wiszących na jego plecach defensorów, znów czaruje pięknymi strzałami. Mówi się, że to Roberto Di Matteo uratował „El Nino” dla Chelsea, że to on natchnął „Dzieciaka”, aby ten znów odzyskał dziecięcą radość z gry. Reina natomiast gra w Liverpoolu aż od 2005 roku. W kadrze zawsze ten trzeci, po Ikerze i Valdesie. Człowiek, który posadził naszego Jurka Dudkę na ławkę. Wielkim propagatorem jego talentu był Rafa Benitez. Reina doczekał się na Anfield Road statusu bramkarza kultowego, jak wcześniej Dudek. Gdzieś jednak się zaciął. Jest coraz mnie uważny, przytrafiają mu się klopsy. Ten potężnie zbudowany Hiszpan nie jest już taką ostoją jak kiedyś. Jest to jednak ciągle bramkarz wielki i jeszcze lata pozostanie w klubie z czerwonej części Merseyside. Człowiek instytucja, przetarł szlak dla Davida De Gei. Reina jest obok Torresa i Cesca być może najważniejszym ambasadorem Hiszpanii na ziemi Szekspira, jeśli weźmiemy szerszy okres czasu, dlatego to jemu i „El Nino” wręczamy berło pierwszeństwa za zasługi dla propagowania finezyjnej hiszpańskiej gry.
Drugim z heroldów wieszczących nadejście nowego był i w dalszym ciągu jest Mikel Arteta. Arteta jest idealnym przykładem połączenia fantazji i pragmatyzmu. Nie jest aż tak kreatywny jak koledzy po fachu (vide: Mata czy Cazorla), ale wydaje się jednak twardszy, z gracją łączy defensywę i ofensywę. To idealny cofnięty rozgrywający, bez problemu odbierze piłkę i dokładnie ją zagra do partnerów. Potrafi kropnąć z dystansu. Arteta ma wyrobioną na Wyspach markę, zaczął ją budować już za czasów gry w Glasgow Rangers. Na Ibrox Park spędził dwa sezony, w latach 2002-2004. Po krótkim powrocie do ojczyzny i grze w Realu Sociedad trafił na wypożyczenie do Evertonu. Efekt? Został tam sześć lat, dobitnie ugruntowując swoją pozycję jednego z najlepszych pomocników w Anglii. Na Goodison Park gra się specyficznie. Wiadomo, że klub Moyesa to uznana marka, z tradycjami, ale trudno mu wykonać ten jeden, decydujący krok, by awansować do elity. W 2011 roku spragniony sukcesów Hiszpan zmienił klub, zastępując w Arsenalu wspomnianego już Fabregasa. Rozpoczął nowy rozdział w swoim sportowym życiu. Wiadomo, dołączył do „Big Four”, przynajmniej na papierze. Pod okiem Wengera dalej rozwija swoje umiejętności, przyjemnie patrzy się na jego ciągle poprawiającą się grę, mimo iż Mikel skończył już 30 lat. Wraz z nowymi nabytkami Arsenalu, jak Giroud, Podolski czy wspomniany już Cazorla, stara się wprowadzić londyński klub w nową erę. Fani „Kanonierów” będą mieć z niego pożytek jeszcze parę długich lat.
Graham, Michu, Swansea City (fot. Skysports.com)
Juan Mata i Santi Cazorla. Nie pozostaje mi nic innego, jak napisać o nich razem. To hiszpańskie klony. Ni to skrzydłowi, ni to pomocnicy. To raczej iskry, ludzie tworzący magię w drugich liniach swoich zespołów. Oboje świetnie dyrygują partnerami, piekielnie dokładnie podają, swoimi passami kreują ofensywne kanonady. Są niczym „El Cerebro”, Iniesta, stanowią o sile swoich zespołów. Juan Manuel Mata w swoim drugim sezonie na Stamford Bridge dojrzał. Sławny już efekt „drugiego sezonu” Jose Mourinho widać działa również w wypadku Juana. Przyjście Edena Hazarda oraz Oscara stworzyło magiczny tercet w pomocy Chelsea. Efekt? 22 punkty w ośmiu kolejkach i pierwsze miejsce Chelsea w tabeli. Na Stamford Bridge trwało jednak bezkrólewie wskutek malejącej pozycji w zespole Franka Lamparda, a jak wiadomo, życie nie znosi pustki. Umarł król, niech żyje król. Mata zapełnił ową pustkę, kreując się na główną postać w zespole RDM. W ostatni weekend ośmieszył wręcz Tottenham, biorąc osobiście byka z White Hart Lane za rogi, dostarczając ekstatycznej wręcz radości kibicom klubu Abramowicza. Torreador pełną gębą. Cazorla przez osiem długich lat reprezentował barwy „Żółtej Łódzi Podwodnej”, czyli ekipy Villarealu. W klubie tym wywyindował się na szczyt, jednak z każdym rokiem gasł coraz bardziej, tak jak sam klub. Gdy odszedł do Malagi, w następnym sezonie już bez Santiego Villareal spadł do Segunda Division. Cazorla natomiast odbudował się w napędzanej petrodolarami szejków Maladze, zdobył dziewięć bramek w zeszłej kampanii La Liga. To zaowocowało transferem do Arsenalu. Szukający swojej nowej tożsamości klub po odejściu RvP i Aleksa Songa na gwałt potrzebował nowej gwiazdy. Kogoś, kto znów da impuls fanom do kupienia sezonowych karnetów na The Emirates. Do tej pory to najlepsza inwestycja Wengera od wielu lat. Hiszpan bryluje, rozgrywa, oślepia wręcz swoją unikalną wizją gry. Nie tylko kibiców, ale i częstokroć kolegów z drużyny, którzy nie nadążają za jego pomysłami w konstruowaniu akcji. Odgrywa podobną rolę co Mata, jest wolnym elektronem drugiej linii. Jego zadaniem jest kreować, kreować i jeszcze raz kreować. Od brudnej roboty są inni.
Jeśli mnie spytacie, jaka była największa kradzież letniego okienka transferowego, to powiem Wam zawsze i o każdej porze dnia i nocy: Michu. Hiszpan kupiony raptem za dwa (tak, DWA) miliony funtów przez Swansea wystrzelił jak petarda, do tej pory strzelił już sześć bramek. Nie wierzę, że nie było nikogo, kto nie łasił się na utalentowanego pomocnika, który przecież strzelił aż 15 bramek w zeszłym sezonie La Liga. Ktoś tu albo przespał, albo coś sknocił. Dwa miliony to praktycznie nic, a Swansea zyskało piłkarza świetnego. To inny typ niż Mata czy Cazorla. Wysoki, dobrze zbudowany. W ataku zamienia się w napastnika, ma ciąg na bramkę jak mało kto. Gdy jego drużyna traci piłkę, Michu zamienia się w pierwszego defensora naciskającego zespół przeciwny już pod ich polem karnym. „Łabędzie” zrobiły, oczywiście biorąc poprawkę na ich możliwości sportowe oraz finansowe, interes stulecia. Jest wiele prawdopodobne, iż Michu dojedzie do 15-20 bramek w tym sezonie. Hiszpański huragan w Walii. Ale nie jedyny. Jose Manuel Flores Moreno to nie nazwisko bohatera kolumbijskiej telenoweli, ale pełne imię hiszpańskiego stopera Swansea, znanego lepiej jako Chico. Kupiony z Genoi, od tego sezonu dołączył do „Łabędzi” wraz z Michu, z miejsca stając się podstawowym graczem ekipy Michaela Laudrupa. Chico jest raczej ostrym graczem, a przekonał nas już w tym sezonie, oglądając czerwony kartonik w meczu z Sunderlandem. To typowy stoper, nie można mu jednak odmówić techniki, z której słyną przecież obrońcy z Półwyspu Iberyjskiego. Ma 25 lat, a więc jeszcze sporo grania przed nim. Będziemy bacznie śledzić jego poczynania w Premier League. Muszkieterów musi być trzech, zatem idąc torem wytyczonym przez Aleksandra Dumasa, dokładamy do tego zestawu kolejnego Hiszpana. Tym razem wybór pada na prawego, przebojowego obrońcę Swansea, czyli Angela Rangela. Już trzydziestka na karku, ale Hiszpan nie zwalnia tempa. Wyrobiona marka, od 2007 roku w barwach klubu z Liberty Stadium. Niezły w odbiorze, jak strzała pruje do przodu. Hiszpan długo tułał się po klubach w niższych klasach rozgrywkowych, aż trafił do Swansea. Doszedł z tą drużyną na sam szczyt, do Premier League. Odbiera zasłużone laury, kiedyś zapewne legenda Swansea.
W podobnym stylu co Santi Cazorla i Juan Mata gra ofensywny pomocnik QPR, Esteban Granero. Na razie półka niżej, możliwe, że nigdy nie dorośnie do poziomu kolegów. Solidny to jednak piłkarz, z fantazją, typowy wychowanek Realu Madryt. Nie dostawał szans, więc się go pozbyto. Trafił do Getafe, gdzie jego talent eksplodował. Wrócił więc do Madrytu, gdzie znów nie dostawał wielu szans i przestał się rozwijać. Niechciane dziecko Madrytu wyfrunęło zatem na Loftus Road, by wziąć udział w budowaniu projektu pt. Queens Park Rangers. Jak im idzie, wiemy… Nie to jest jednak celem analizy, a gra „Pirata”. Granero po początkowym szoku, jakim jest zmiana ligi na bardziej fizyczną, zaczyna odzyskiwać dawny blask. W 7. kolejce przeciwko WBA strzelił bramkę kolejki, popisując się także niezłą asystą. Jeśli tylko projekt budowania potęgi klubu nie upadnie, kibice klubu z Loftus Road mogą mieć wiele radości z gry Estebana. To urodzony architekt i potrzeba czasu, aby przekonać się, jakie jeszcze rezerwy drzemią w Granero i czy jest on w stanie wznieść się poziom wyżej, na osławiony „international level”, jaki prezentują zarówno Mata, jak i Cazorla.
David de Gea, Manchester United (fot. SkySports.com)
Na koniec „młode wilki”, czyli gracze, którzy dopiero wchodzą do wielkiej piłki i długa droga przed nimi. Pierwszy to młodziutki skrzydłowy „The Reds”, Suso. Drugi natomiast to środkowy pomocnik Chelsea, Oriol Romeu. Trzeci w stawce to bramkarz Manchesteru United, De Gea. Przyjście na Anfield Road Brendana Rodgersa to najlepsze, co spotkało zarówno Suso, jak i Raheema Sterlinga. Były szkoleniowiec Swansea nie boi się stawiać na młodzików i pod jego okiem w obecnej kampanii rozwinęły się talenty Hiszpana i Anglika. Sterling jest krok dalej, ale i Suso coraz śmielej sobie radzi, przebijając się powoli do pierwszej jedenastki. Wychowanek Cadiz gra na lewym skrzydle, ale wydaje się, że to będzie raczej ofensywny pomocnik niż klasyczny skrzydłowy w typie właśnie Sterlinga. Romeu natomiast to produkt osławionej już szkółki Barcelony, czyli La Masii. Kupiony przez Villasa-Boasa w 2011 roku, dostawał więcej szans w zeszłorocznej kampanii Premier League. Po zmianie szkoleniowca nie dostaje już tylu szans u Di Matteo, cierpliwie szlifując formę w meczach rezerw. To środkowy, defensywny pomocnik, docelowo mający kiedyś zastąpić Obi Mikela. Zobaczymy, jak potoczą się losy tego niewątpliwie zdolnego gracza. W jego kontrakcie istnieje klauzula, że po zakończeniu obecnego sezonu Barcelona może odkupić go za 15 milionów euro. Wygląda jednak na to, iż Romeu zostanie w Chelsea. David De Gea przyszedł do Manchesteru United za gigantyczne jak na piłkołapa pieniądze. Hiszpan uczy się dopiero angielskiej gry. Jeśli chodzi o interwencje jest niczym Spiderman, wyciąga się niczym gimnastyk. Owa budowa ciała jest także jego najgorszą zmorą. Jest zbyt wątły i często jest przepychany przez obrońców. To kosztowało go miejsce w bramce „Czerwonych Diabłów”, gdzie rotowany jest często z Andersem Lindegaardem. Ciekawe, kto wygra wyścig o bluzę z numerem jeden w klubie z Old Trafford.
Anglia zaczyna Hiszpanami stać, zobaczymy, czy taki obrót spraw obierze kontynentalny wymiar, w imię zasady „nie ma zespołu bez Hiszpana”. Gracze „La Furia Roja” mają swoje pięć minut, nikt tak obecnie nie działa na masową wyobraźnię kibiców jak gracze z Półwyspu Iberyjskiego. Torreadorzy podbili Wyspy Brytyjskie, ochoczo goniąc byki ku uciesze kibiców Premier League.