Choć 2020 rok dostarczył wielu nie najlepszych emocji, to były w nim również momenty radosne czy napawające dumą. Głównie te piłkarskie, a jeśli o futbolistów chodzi, to zdominował ten rok jeden, i to Polak. To był czas „Lewego” i chwała mu za to, bo wlał w serca rozgoryczonych sytuacją w kraju i na świecie rodaków kilka łyżek miodu. Chapeau bas, Monsieur Lewandowski! Jak jeszcze zapamiętamy ten mijający czas?
Ostatni dzień 2020 roku. Roku, który był zupełnie inny niż te wszystkie wcześniejsze. Był dziwny i każdy z nas chciałby, żeby skończył się jak najszybciej, a ten nowy, zbliżający się już wielkimi krokami, przyniósł tak wyczekiwaną i upragnioną normalność. Z różnych względów, choć głównie tych sanitarnych i dotyczących pandemii w 2020 roku, wszystko zostało postawione na głowie i wywrócone jak niegdyś niejedna flaga na stadionowych ogrodzeniach „do góry kołami”. Przerwy w rozgrywkach, ich całkowite anulacje, brak mistrzostw Europy, testy, testy, testy, obostrzenia, zakazy, nakazy, apele, szczepionki… a po środku tego wszechobecnego rozgardiaszu piłka nożna. Choć nie było jak zawsze, to i tak ten odchodzący stary rok przyniósł kilka fajnych momentów, które z pewnością zapamiętamy.
• Mistrzostwo Polski zdobyte przez warszawską Legię
69 punktów wystarczyło Legii do sięgnięcia po tytuł mistrza i odzyskania berła po rocznej banicji. Podopieczni trenera Vukovicia grali różnie, ale i tak nie mieli sobie równych w lidze, a sam coach został wybrany tym najlepszym w sezonie. Z dobrej strony, ba, nawet bardzo dobrej pokazał się Michał Karbownik – został wybrany młodzieżowcem sezonu i zapracował sobie na zagraniczny transfer.
• Puchar Polski i triumfująca Cracovia
Długo musieli czekać kibice Cracovii na jakiś sukces, ale opłaciło się, bo w końcu nadszedł. Drużyna Michała Probierza wzniosła do góry krajowy puchar po wcześniejszym wyeliminowaniu z rozgrywek Legii (3:0 na własnym boisku) i można było uznać ten wyczyn za spory sukces, a to, że później na europejskich arenach nie wiodło się już tak dobrze…
• Profesor Filipiak i jego wywód
Jesteśmy jeszcze w Krakowie, bo tam właśnie podczas ostatnich derbów w końcówce roku z nieciekawej strony dał się poznać właściciel „Pasów”, profesor Janusz Filipiak. Wszyscy będą o tym długo pamiętać, bo właściciel Comarchu zachował się po prostu jak typowy i znany „Janusz”, używając „wyszukanych epitetów” i zwracając się nimi w stronę prowadzącego spotkanie sędziego głównego.











