Dyskusja na temat zbyt intensywnego harmonogramu meczów powraca ze zdwojoną siłą. Terminarz spotkań w Anglii jest spuchnięty do granic możliwości, a w innych krajach jest niewiele lepiej. Jürgen Klopp alarmuje i wzywa do zmian, a pełne poparcie dla słów Niemca wyraził już Pep Guardiola. Problemu uparcie jednak nie zauważają FIFA oraz UEFA. Obie federacje zamiast odchudzić terminarz spotkań, mają w planach poszerzenie kolejnych rozgrywek.
Mecze towarzyskie na poziomie reprezentacyjnym od lat w Europie nie budziły większych emocji ze strony kibiców. Dla selekcjonerów były to jednak spotkania użyteczne. Pozwalające na sprawdzenie nowych graczy na poziomie reprezentacyjnym czy wypróbowanie nowych wariantów taktycznych. Liczne zmiany zawodników, mniejsze zainteresowanie sympatyków niż w meczach o stawkę i niewielkie emocje skłoniły jednak UEFA do wprowadzenia zmian. Zmian, które z perspektywy klubów były potrzebne niczym kamień w bucie.
Ograniczenie liczby meczów towarzyskich i wprowadzenie w zamian Ligi Narodów UEFA wzbudziło wiele kontrowersji. Do i tak już spuchniętego terminarza dołożono kolejny turniej, w którym zawodnicy rywalizują o stawkę, zwiększając tym samym ryzyko odniesienia kontuzji. UEFA jednak ogłosiła sukces, którego światowa federacja FIFA zaczęła zazdrościć.
Głównie z powodu faktu, że to rok w rok na kontynencie europejskim w ramach Ligi Mistrzów rywalizują najlepsi zawodnicy. Cristiano Ronaldo, Leo Messi czy Robert Lewandowski są twarzami turnieju znajdującego się pod szyldem UEFA. Rozgrywek, z których zyski czerpie nie FIFA, lecz europejska federacja. Dlatego pod łatką (tak teraz powszechnie promowaną nie tylko w futbolu, lecz np. też siatkówce) popularyzacji dyscypliny zdecydowano o powiększeniu liczby uczestników mistrzostw świata i klubowego mundialu. Największe gwiazdy mają grać niebawem również pod szyldem FIFA, i to najprawdopodobniej wszystkie. W całej gonitwie za (nie bójmy się szczerze przedstawić sytuacji) pieniędzmi pominięto istotny szczegół. Terminarz spotkań już teraz rozrósł się do absurdalnych rozmiarów.
Jest źle, będzie gorzej
Środowy awans Liverpoolu do ćwierćfinału Pucharu Ligi Angielskiej spowodował spory problem. Spotkanie „The Reds” z Aston Villą w kolejnej fazie zostało pierwotnie zaplanowane na 17 grudnia, zaledwie dzień przed pierwszym meczem klubu z Anfield Road w ramach klubowych mistrzostw świata. Jürgen Klopp już zagroził, że jeżeli termin rywalizacji nie zostanie zmieniony, to Liverpool może nie przystąpić do walki o półfinał. Absurd? Podobnie jak obstawanie przy swoim angielskiej federacji i FIFA. Żadna z federacji nie zamierza jak na razie iść na ustępstwa. Prawie tydzień po wygranym meczu z Arsenalem nadal nie wiadomo, czy „The Reds” wystąpią w spotkaniu z Aston Villą czy przegrają walkowerem. Kolejny absurd, bo byłaby to sytuacja rodem wzięta z polskiej klasy okręgowej, w której jeden z zespołów nie dojechał na czas lub nie uzbierał regulaminowej liczby zawodników.










