Zadebiutował w polskiej ekstraklasie, mając zaledwie 17 lat, a dwa lata później zdobył z Widzewem Łódź mistrzowski tytuł. Odnosił wielkie sukcesy również w barwach krakowskiej Wisły, zaliczył udany epizod w lidze tureckiej, był także etatowym reprezentantem Polski. O swojej piłkarskiej przygodzie z dziennikarzami portalu iGol.pl, Tomaszem Bejnarowiczem i Mateuszem Stanaszkiem, rozmawiał Mirosław Szymkowiak.
Od ponad 12 lat żaden polski zespół nie potrafi zakwalifikować się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Pan miał to szczęście występować w tych elitarnych rozgrywkach. Jak Pan wspomina grę w Champions League w sezonie 1996/1997 w barwach Widzewa Łódź?

Oczywiście bardzo się cieszę, że miałem możliwość gry w tak prestiżowych rozgrywkach. Dla mnie osobiście to było wielkie przeżycie. Każdy zawodnik, który występował w Lidze Mistrzów, jest zdania, że to są spotkania wyjątkowe. Graliśmy w Madrycie, Dortmundzie, Bukareszcie, pełne trybuny, niezapomniana atmosfera.
Niestety, polski zespół uplasował się ostatecznie na 3. miejscu w tabeli i odpadł z dalszych rozgrywek…
Mieliśmy zgraną, dobrą ekipę, która w każdym meczu była równorzędnym przeciwnikiem dla rywali. W spotkaniach na wyjeździe z Borussią i Atletico stworzyliśmy sobie wiele sytuacji podbramkowych, niestety, nieznacznie przegraliśmy odpowiednio 1:2 i 0:1 i nie awansowaliśmy dalej. Łącznie zagrałem w Lidze Mistrzów sześć spotkań i była to dla mnie bardzo ważna przygoda.
W tamtym okresie drużyna z Łodzi królowała w polskiej ekstraklasie, występowało w niej wielu znakomitych zawodników. Jak Pan się czuł, jako młody gracz, w tak doborowym towarzystwie?
Byłem najmłodszym zawodnikiem w Widzewie. Pamiętam, że gdy przychodziłem do łódzkiego zespołu, miałem 18 lat. W szatni zawodnicy, których wcześniej widziałem tylko w telewizji, reprezentanci Polski – Marek Bajor, Tomasz Łapiński, Andrzej Woźniak czy Ryszard Czerwiec. Nie czułem jednak nawet grama niechęci, zostałem świetnie przyjęty. Niezależnie od wieku, wszyscy byli traktowani na równi. Atmosfera była znakomita, wyniki również.
Z Widzewa trafił Pan do innej wielkiej firmy – Wisły Kraków. Zmiana była jednak dla Pana widoczna?
W Widzewie czasami zdarzały się problemy z pieniędzmi, były takie okresy, gdzie czekaliśmy na wypłaty kilka miesięcy. W Krakowie było już zupełnie inaczej, wszystko świetnie zorganizowane, mogłem się skupiać tylko na treningach i meczach. Tak, jak to jest w dobrych, zagranicznych klubach. To, co jednak łączyło oba zespoły to z pewnością dobra atmosfera w drużynie.












