Legia Warszawa już po raz trzeci z rzędu kończy rundę jesienną na fotelu lidera. W tym sezonie tabela jest mocno spłaszczona, co może utrudnić „Wojskowym” utrzymanie się na pierwszej lokacie w ogólnym rozrachunku. Różnica między piątą „Jagą” a Legią wynosi tylko 6 punktów. Legioniści, aby obronić mistrzostwo sprzed roku, muszą mieć się na baczności.
Fakt trzymania się na baczności potęguje to, że po 30 kolejkach mamy podział punktów, więc aby Legia liczyła się w grze o 1/8 finału Ligi Europy, w walce o mistrzowską koronę oraz o zdobycie Pucharu Polski, musi rachować ostrożnie siłami. Do tej pory warszawski klub robił to znakomicie. W tym sezonie w trykocie Legii na boisko nie wybiegli tylko Kamil Kurowski oraz Ronan, ten drugi już w koszulce z „elką” na piersi nie wystąpi. Powodem tego jest powrót Brazylijczyka do ojczyzny, albowiem lewy obrońca przy każdorazowej próbie powrotu do składu łapał kolejną kontuzję, która wykluczała go z gry na następne tygodnie. Reszta zawodników z pola przynajmniej raz wychodziła na boisko w tym sezonie T-ME. Szeroka ławka to wielka przewaga m.in. nad Lechem Poznań, który dysponuje strasznie okrojonym składem. Kolejnym atutem przemawiającym za Legią w bezpośrednim starciu z „Kolejorzem” jest fakt, że „Wojskowi” zazwyczaj kończą swoje akcje golem. Tak natomiast nie jest z piłkarzami wielkopolskiego klubu, który ma wybitne problemy z umieszczeniem piłki w siatce rywala, niekiedy potrzeba do tego mnóstwa sytuacji. Aby Legia straciła możliwość zdobycia mistrzostwa, musi się stać stosunkowo niewiele. Wystarczą dwa potknięcia, do których łatwo może dojść, mając na względzie mecz z Górnikiem Łęczna, a „Wojskowi” skomplikują sobie dość mocno sytuację w tabeli. Mówi się, że mecze przed podziałem punktów to mecze o bagatela 1,5 punktu. Trudno się z tym nie zgodzić, gdyż przy obecnej sytuacji w tabeli te 1,5 oczka może zaważyć o tytule mistrzowskim.
Lech Poznań to nie tylko rywal legionistów w walce o futbolowy prym w Polsce. Do równej walki z tymi dwoma pretendentami do tytułu może przystąpić również Śląsk Wrocław, który nie przegrał jeszcze żadnego meczu u siebie w obecnym sezonie. Atutem wrocławian w batalii o liderowanie na polskim podwórku jest posiadanie portugalskiego kałasznikowa — Flavio Paixao. Najskuteczniejszy napastnik T-ME ma na koncie 12 goli i nie zapowiada się na to, żeby rodak Cristiano Ronaldo zaprzestał wbijania bramek. Jeżeli chodzi o ofensywę w kontekście piłkarzy z Łazienkowskiej, to Legia również ma czym zabłysnąć, w końcu z 41 bramkami na koncie jest to najskuteczniejszy zespół w lidze. Choć sprawa z legionistami wygląda tak, że drużyna nie jest skazana na lidera wśród graczy bramkostrzelnych, jak to jest w Śląsku Wrocław, ale cały zespół strzela bramki. Trener Berg nie będzie miał więc problemu, kiedy to jeden z jego zawodników się zatnie, wstawi po prostu kolejnego gracza z ławki, który dorówna koledze z drużyny.
Swego czasu problem z zaciętym karabinem miał szkoleniowiec Lecha, Jose Mari Bakero, kiedy to pod nieobecność Artiomsa Rudnevsa „Kolejorz” nic nie mógł wygrać. Lecz kiedy Łotysz stawiał się na murawie, strzelał jak natchniony. Mam nadzieję, że portugalski napastnik Śląska nie zrobi nam w kolejnej rundzie psikusa i nie wypadnie z powodu kontuzji czy też innych pobudek ze składu wrocławian i będzie strzelał jak dotąd. O ofensywie „Kolejorza” rozpisywać się nie mam zamiaru, bo gdy oglądam Czeczena Sadajewa na boisku, telepie mną od razu. Napastnik, który jest strasznie nieporadny pod bramką rywala, spuszcza głowę i patrząc na piłkę, strzela ile fabryka dała pary w nodze. Nie ma dla niego żadnej alternatywy na szpicy. Jest młody Kownacki, ale to zawodnik niestety podatny na kontuzje i bez większego doświadczenia. Choć wejście w ligową rzeczywistość miał okazałe — bramka z Pogonią Szczecin, dzięki której wychowanek „Kolejorza” zapisał się jako najmłodszy zawodnik Lecha ze zdobytą bramką w ekstraklasie.











