Zagłębie Lubin po znakomitym meczu pokonało ŁKS Łódź 2:1. Gola na wagę trzech punktów zdobył w doliczonym czasie gry Szymon Pawłowski, który skutecznie egzekwował rzut karny. Warto zauważyć, że kibice mieli powody do emocji, ponieważ końcówka spotkania przypominała scenariusz filmu Alfreda Hitchcocka.
Mecz o sześć punktów – inaczej nie mówiło się przed spotkaniem dwóch drużyn, które rozpaczliwie walczą o ligowy byt. Zarówno ŁKS, jak i Zagłębie są bliskie dna ligowej tabeli, a spadek zwłaszcza w przypadku łodzian postawiłby pod znakiem zapytania ich dalsze funkcjonowanie.

Początek należał do łodzian, którzy nie tylko sprawiali wrażenie bardziej zdeterminowanych, ale też lepszych pod względem umiejętności piłkarskich. Co prawda, Zagłębie częściej utrzymywało się przy piłce, ale wynikało to z taktyki, którą nakreślili Piotr Świerczewski z Andrzejem Pyrdołem. ŁKS wciągał lubinian na własną połowę, po czym piorunująco kontrował. Bliscy szczęścia byli Stąporski i Łukasiewicz, dużo zamieszania pod bramką gości spowodowało też dośrodkowanie Gieragi. Zagłębie zagroziło bramce Bogusława Wyparło tylko raz, a działo się to za sprawą niecelnie strzelającego Sernasa.
Druga połowa rozpoczęła się od bardzo mocnego uderzenia. Przyśpieszył ŁKS. Po podaniu Iwańskiego w kapitalnej sytuacji znalazł się Stąporski, ale Aleksander Ptak popisał się świetną interwencją. Zagłębie odpowiedziało błyskawicznie. Po jednym z dośrodkowań piłka spadła wprost na głowę Hanzela, lecz ten z trzech metrów nie trafił do siatki. Przyszła więc kolej na ŁKS, Stąporski podał do Saganowskiego, a ten trafił w poprzeczkę. I pomyśleć, że to wszystko wydarzyło się w pierwszych pięciu minutach drugiej połowy.
Piłkarze szybko się wyszumieli, a emocji było tyle, że przez kolejny kwadrans nikt się nie kwapił do odważniejszych ataków. Dopiero w 66. minucie groźną akcję stworzyli lubinianie, ale skończyło się na strachu. Po chwili znów przypomniał o sobie Stąporski. Młody napastnik próbował wykończyć kontrę ŁKS-u, lecz minimalnie chybił. To chyba zdenerwowało sztab szkoleniowy łodzian, po chwili bowiem bohater tej akcji opuścił boisko.

Piłka nożna potrafi płatać różne figle. Ile razy zaciskaliśmy pięści ze zdziwienia, kiedy nasza drużyna była wyraźnie lepsza, a jednak traciła gola i przegrywała? Tak też było tym razem. ŁKS stworzył sobie więcej sytuacji podbramkowych, ale na dziesięć minut przed końcem łódzkim obrońcom przytrafił się błąd. Za krótko wybita piłka trafiła wprost pod nogi Bilka, a ten huknął nie do obrony z 18 metrów. Los bywa jednak przewrotny. To, co zabrał w 80. minucie, oddał łodzianom 180 sekund później. Sędzia podyktował rzut karny, do piłki podszedł Gercaliu i na tablicy świetlnej widniał już rezultat 1:1.











