Balon spod znaku Borussii Dortmund jest już tak długo pompowany, że lada chwila wybuchnie, wypluwając na nas całą swoją zawartość jak pewien obżartuch w kultowym skeczu Monthy Pythona. Jesteśmy non stop karmieni produktem wysoce smacznym, acz powodującym sensacje żołądkowe w większej ilości. Otwierając rano konserwę, boję się, że zamiast dodatku do chleba, z puszki wyjdzie następny denny news dotyczący transferu Roberta L. lub zażyłych relacji Kuby i trenera Kloppa. Czy tylko tyle można wycisnąć z tej dorodnej niemieckiej pomarańczy, tak obficie obradzającej przecież w ostatnich latach?
Borussia to, Borussia tamto… Człowiek zaczyna mieć mieszane uczucia, wszystko ma przecież swoje granice… Ale po kolei.
Sukces naszej złotej trójki zbiegł się niejako z restauracją piłkarskiej monarchii niemieckiej, która odzyskuje utraconą pozycję w Europie i na pewno wróci (już wraca?) na futbolowy panteon potężna jak niegdyś dynastia Habsburgów. Nowoczesna infrastruktura, stadiony wypełnione po brzegi pulsujące jednostajnym, fanatycznym wręcz dopingiem – to wszystko sprawia, że Bundesliga generuje coraz to większe numerki w pamiętnikach księgowych. Mało tego, Niemcy postawili na młodość i zbierają z sezonu na sezon coraz większe żniwa. Doprawdy dorodnie obrodziło w tym piłkarskim sadzie u naszych zachodnich sąsiadów.

Dobra młodość przechodzi w genialną jakość. Rozumieją to wszyscy, może oprócz naszego pięknego kraju. Na skalę polską – biorąc to naszą skądinąd ubogą, krótkowzroczną miarą – aberracją wydaje się to, co robi Legia Warszawa. Akademia działa prężnie, produkując coraz to nowe talenty. Stawia się na młodzież, a nie da się zbudować solidnej konstrukcji na podwalinach będących synonimem bylejakości, starości, zepsucia czy przeterminowania. Sukces każdej drużyny i reprezentacji opierać się musi na sile młodości, która z czasem przerodzi się w klasę, jakość i rutynę. Nie zbudujesz domu na podgniłych belkach.
W Niemczech, gdzie kluby są bogate i wciąż płaci się bajońskie sumy (jak np. za Javiego Martineza), i tak priorytetem są wychowankowie. W ubogiej piłkarsko Polsce na palcach jednej ręki policzyć można kluby, które wypromowały młode gwiazdki. Taki system agresywnego szkolenia gołowąsów przyniósł Niemcom nader spodziewane efekty, co możemy doskonale zobaczyć na przykładzie powrotu globalnego blasku niemieckiej reprezentacji narodowej. Po latach posuchy studnie obrodziły, a genialne pokolenie Oezilów, Neuerów czy Gomezów wkroczyło dziarsko na europejskie salony, zawłaszczając wyobraźnię kibiców.
Dotychczasowym numerem jeden była (i w dalszym ciągu jest) angielska Premier League. Wiadomo – angielska kultura piłką żyje, oddycha, futbol tutaj się wyznaje, a nie ogląda. Mekka, dom futbolu – można by użyć tysiąca innych określeń, które i tak nie oddadzą poziomu zakorzenienia się piłkarskiej tradycji w mentalności i umyśle przeciętnego brytyjskiego zjadacza chleba, z wypiekami na twarzy dyskutującego i czytającego rano sportową gazetę, poplamioną od bekonu i fasoli. Pomimo braku najmniejszych chociażby racjonalnych przesłanek kibic angielski dalej uważa kadrę dumnych synów Albionu za wierzchołek piłkarskiej góry lodowej. I to pomimo faktu, że od momentu, kiedy sir Bobby Moore podniósł puchar mistrzów świata, minęło niemalże pół wieku.








