Sousa i jego reprezentacja Polski. Jaki to czas naszych „Orłów”?


Czy reprezentacja Polski pod wodzą Sousy wykonała progres?

16 listopada 2021 Sousa i jego reprezentacja Polski. Jaki to czas naszych „Orłów”?
Jacek Pietrasik

Cel na eliminacje Sousa z pewnością zrealizował, choć na pewno po meczu z Węgrami niedosyt w sercach polskich kibiców jest duży. Spójrzmy więc na to, jak kadra prezentowała się za Sousy przez okres całych ośmiu miesięcy. Nie patrzmy jedynie w tabelę, spróbujmy poszerzyć perspektywę.


Udostępnij na Udostępnij na

Chcąc analizować całą kadencję portugalskiego szkoleniowca na ławce reprezentacji Polski, na pewno trzeba podkreślić, że wciąż liczymy się w walce o awans na mistrzostwa świata w 2022 roku, ale na Euro 2020 zdecydowanie zawiedliśmy. Wydaje się, że cała kadencja portugalskiego trenera to czas ciągłych eksperymentów.

Choć w pewnym momencie widzieliśmy już pewną stabilizację, potrafiliśmy wytypować bez większych kłopotów siedem, może osiem nazwisk z wyjściowego składu, to meczem z Węgrami Sousa całkowicie zburzył narrację i niewątpliwy optymizm, jaki zaczął narastać wokół jego osoby. To był eksperyment na żywym organizmie, jakim jest reprezentacja Polski i jej kibice, a pacjent umarł.

Najlepszym podsumowaniem tego spotkania była salwa gwizdów, jaką zafundowali kibice znajdujący się na Stadionie Narodowym po porażce z Węgrami, i mina Roberta Lewandowskiego siedzącego na ławce rezerwowych.

Ale po kolei. Węgry są początkiem i klamrą tych eliminacji. Zacznijmy od tego, co zobaczyliśmy na murawie w marcu 2021 roku. Podzielmy pracę Sousy na dwa etapy – do Euro włącznie oraz po Euro. Pozwoliliśmy sobie nie uwzględniać meczów z Andorą oraz San Marino, gdyż nie są absolutnie żadnym wyznacznikiem.

Etap I

Szalony debiut

Ach ci Węgrzy, mógłby powiedzieć pod nosem selekcjoner Sousa. Od nich się wszystko zaczęło i miejmy nadzieję, że to nie na nich się skończy, gdyż oznaczałoby to z pewnością porażkę w barażach do mistrzostw świata w Katarze. Nasz selekcjoner drugi raz w meczu z Węgrami zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał.

Swoją kadencję zaczął od postawienia w Budapeszcie na Helika kosztem Kamila Glika. Sam pomysł wyjścia na debiut w reprezentacji bez jednego z jej wyraźnych liderów w ostatniej dekadzie, delikatnie mówiąc, nie był trafiony, żeby nie powiedzieć, że był szalony. Różnica jest taka, że wówczas mógł wpuścić Glika z ławki i to zrobił. Szef defensywy pojawił się na boisku i od razu było widać większą pewność.

Dodatkowo na wahadle wówczas ustawił Sebastiana Szymańskiego, dla którego był to ostatni występ u Sousy. Na pozycji prawego wahadłowego kompletnie się nie sprawdził i stracił w oczach selekcjonera, który nie widzi go w swojej kadrze w środku pola.

W Dinamie Sebastian gra w środku pola, z kolei my chcieliśmy wykorzystać go na nieco innej pozycji. Jest to utalentowany zawodnik, ale na środku korzystamy z innych zawodników – Paulo Sousa o Sebastianie Szymańskim.

Faktem jest, że rywalizacja w środku pola reprezentacji Polski jest naprawdę duża i na pewno w jakimś stopniu jest to zasługa Sousy, który dał szansę pokazać się Damianowi Szymańskiemu, Kacprowi Kozłowskiemu czy nawet Karolowi Linettemu. Skupiając się jednak na pierwszym meczu z Węgrami. Tam Sousa miał na boisku Lewandowskiego… oraz potrafił dobrze zareagować z ławki, co jest charakterystyczne dla jego kadencji. Skończyło się 3:3 i dużym (raczej zasłużonym) niedosytem oraz nadziejami na lepsze jutro.

Dobra druga połowa z Anglią

Ale słaba pierwsza, nawet bardzo słaba pierwsza połowa na Wembley. 0 sytuacji bramkowych, 0 strzałów celnych, 0 czegokolwiek – powrót do czasów selekcjonera Brzęczka. Czyli czasów, do których nikt z nas wracać na pewno nie chce, bo piłkarsko czuliśmy się trochę jak reprezentacja bez atutów z wyjątkiem Roberta Lewandowskiego. Sousa miał więc do wykonania robotę, którą wydaje się, że w naszej kadrze robi najlepiej – zmiany. Nie tylko na boisku, ale i w głowach piłkarzy.

Trzeba przyznać, że ponownie mu się udało. Pamiętajmy, że musieliśmy sobie wówczas radzić bez Lewandowskiego, co na pewno stanowiło duże utrudnienie w kwestiach zarówno sportowych, jak i mentalnych. Na drugą połowę wyszła jednak zupełnie inna reprezentacja Polski niż ta, która zaczynała mecz na Wembley.

Zobaczyliśmy kadrę, którą chce częściej widzieć Sousa. Polacy potrafili utrzymać się przy piłce, inteligentnie zagrać w środku pola, doskoczyć zorganizowanym pressingiem do faworyzowanego przeciwnika, a na koniec udało się także strzelić gola. Jakub Moder pokonał Jordana Pickforda właśnie po takim doskoku i próbie wysokiego odebrania piłki. Cały występ w drugiej części spotkania mógł się podobać. Gdyby nie głupio stracony gol po rzucie rożnym, dziś nie drżelibyśmy o rozstawienie w barażach.

Euro z przebłyskiem

Niestety jedynie z przebłyskiem, może przebłyskami. Nikt przed rozpoczęciem Euro 2020 nie oczekiwał od reprezentacji wygranej z Hiszpanią. Realnie myśleliśmy o czterech, może pięciu punktach zdobytych w tej grupie. Pewne zwycięstwo nad Słowacją w pierwszym meczu… Tu się właśnie zaczęła polska tragedia. Dokładniej w Sankt Petersburgu.

Zaczęli ją wspólnie Krychowiak z Sousą. Porażki z teoretycznie najsłabszą w grupie Słowacją nikt się nie spodziewał, wręcz przeciwnie, liczyliśmy na pewne zwycięstwo. Przeliczyliśmy się i duża w tym zasługa Sousy. Grzegorz Krychowiak wyleciał z boiska po obejrzeniu dwóch żółtych kartek. Być może był to największy błąd całej kadencji Sousy. W momencie, gdy zaczęliśmy unosić się nad ziemię, ucięto nam skrzydła i spadliśmy na ziemię. Sousa powinien zdjąć Krychowiaka, do czego zresztą po Euro sam się przyznał.

Oddzielną historią jest mecz z Hiszpanią w Sevilli. Można powiedzieć, że tradycyjnie straciliśmy gola w pierwszej połowie. Nie była to jednak połowa tak fatalna jak ta na Wembley czy ze Słowcją. Staraliśmy się grać w piłkę. Widać było, że ten zespół powoli uczy się tego, czego wymaga od nich Sousa. Portugalski szkoleniowiec stara się zaszczepić w naszych zawodnikach mentalność, jaką ma Robert Lewandowski – mentalność zwycięzców.

Pracujemy na co dzień, żeby zmienić mentalne podejście do meczu. Od pierwszego dnia pytacie mnie, co myślę o polskiej piłce. Musimy zmienić mentalność, musimy być bardziej agresywni we wszystkim, co robimy. Nie chodzi o to tylko wtedy, gdy przegrywamy, ale o ogólne zachowanie we wszystkim, co robimy – Sousa przed meczem z Hiszpanią

Udało się, bezwarunkowo. Szczególnie na ten jeden mecz z wielkim rywalem. Polska z Hiszpanią naprawdę mogła się podobać.

Potem nadszedł mecz ze Szwecją, który bardziej niż Sousa zdecydowanie przegrali piłkarze. Portugalski szkoleniowiec nie nauczy naszych zawodników, jak kopnąć piłkę, jak ją przyjąć. Błędy indywidualne są od niego całkowicie niezależne, a to właśnie z ich powodu ponieśliśmy klęskę ze Szwecją w ostatnim meczu Polski na Euro 2020.

Etap II

Waleczna Albania pokonana

Choć w stylu, który, delikatnie mówiąc, zachwycający nie był. Wręcz przeciwnie. Trudno patrzyło się na reprezentację Polski w pierwszym meczu z Albanią rozgrywanym na Stadionie Narodowym. Wynik zdecydowanie zakłamuje piłkarską rzeczywistość, jaką zaprezentowali nam nasi zawodnicy na murawie. Choć na pewno nie był to mecz katastrofalny, to 4:1 jest zdecydowanie za wysokim wymiarem kary.

Być może zasłużyliśmy na zwycięstwo. Kto wie, jak zakończyłby się ten mecz, gdyby Robert Lewandowski grał w drużynie przeciwnej? Nie wiemy, choć możemy się próbować domyśleć. Jednak to tylko gdybanie, które nic już nie zmieni. Fakty są takie, że w tym meczu oddaliśmy pole do gry naszym rywalom.

Goście stworzyli sobie 12 sytuacji bramkowych, my zaledwie połowę mniej. Obie ekipy oddały po cztery strzały celne. Różnica jest taka, że my cztery strzały zamieniliśmy na gole właściwie z niczego, a Albańczycy zaledwie jeden. Sousa z pewnością nie chciałby, żeby ten mecz był jego wizytówką.

Heroiczny rewanż z Anglią

Co innego rewanż z Anglią na Stadionie Narodowym w Warszawie. Wydaje się, że to zdecydowanie najlepsze spotkanie reprezentacji Polski za kadencji portugalskiego szkoleniowca na ławce trenerskiej naszej kadry.

Od najgorszego meczu (z Albanią) do najlepszego właśnie z Anglią. Zmiana w zaledwie sześć dni. Był to też na pewno najrówniejszy występ naszych „Orłów” od momentu, gdy kadrę przejął Paulo Sousa. Zarówno pierwsza, jak i druga połowa była udana. Obie zremisowane, odpowiednio 0:0 i 1:1. Anglia w tej grupie straciła zaledwie trzy bramki, dwie z nich strzeliła reprezentacja Polski.

Już po tym spotkaniu widać było, że coś w głowie Sousy zaczyna się naprawdę dobrze układać i coraz prostsze do rozczytania wydawały się być jego ruchy dotyczące wyjściowej jedenastki. W porównaniu do pierwszego meczu z Anglią Sousa dokonał aż sześciu zmian. Do składu wskoczyli Dawidowicz, Jóźwiak, Linetty, Buksa, Puchacz i oczywiście Lewandowski.

Zerwaliśmy z próbą grania ustawieniem hybrydowym, bo absolutnie nie wychodziło to nam na dobre. Sousa postawił na grę piątką obrońców, ale wahadłowi de facto grali jako skrzydłowi. Nie był to futbol defensywny. To Polska kontrolowała mecz na Narodowym i gdyby nie genialny strzał Kane’a, być może trzy punkty zostałyby w Warszawie.

Sousa wyciągnął wnioski, wprowadził je w życie i taktycznie zdecydowanie ograł Garetha Southgate’a. Wydawało się, że kadra zmierza w naprawdę dobrym kierunku.

Wyrwana wygrana z Albanią

Mecze z Albanią na jej terenie o stawkę nigdy nie należą do przyjemnych. Tamtejsi kibice zdecydowanie nie należą do tych, którzy dobrze znoszą porażki swojego narodowego zespołu. Sousa, zawodnicy i kibice rewanż w Tiranie zapamiętają z dwóch rzeczy. Po pierwsze przerwany mecz z powodu zachowania albańskich kibiców, po drugie kolejne bardzo dobre wejście Karola Świderskiego, który strzelił zwycięskiego gola.

Patrząc jednak szerzej. Przed spotkaniem mieliśmy uzasadnione obawy co do końcowego rozstrzygnięcia. Jeśli Albania powtórzyłaby występ z Warszawy, dodając do dobrej gry fanatycznych kibiców siedzących na trybunach, mogłoby być naprawdę bardzo groźnie dla naszej reprezentacji.

Sousa i jego piłkarze nie pozwolili na to. Nie był to mecz piękny, dla postronnego widza pewnie wręcz nudny. Jednak tym razem nie liczył się styl, a wynik. Ten udało się osiągnąć korzystny. Wygrana na wyjeździe 1:0 z Albanią sprawiała, że byliśmy już prawie pewni występu w barażach o MŚ 2022.

Polska ten mecz od początku do końca miała pod kontrolą. Oglądając poczynania naszej reprezentacji, można było odnieść wrażenie, że bramka w końcu wpadnie i tak się stało. Nie za sprawą huraganowych ataków, a przyzwoitej gry w ataku pozycyjnym oraz, co warte podkreślenia, szczelnej defensywy. Albania oddała ledwie jeden rachityczny celny strzał na bramkę Wojciecha Szczęsnego.

Sousa znowu przekombinował z Węgrami

Zaczęło się już przed meczem. Dokładniej dzień przed meczem. Portal „Łączy Nas Piłka” poinformował o nieobecności w meczu z Węgrami na Narodowym trzech piłkarzy. O ile nieobecność Krychowiaka (zawieszenie za kartki), Glika (zagrożenie zawieszeniem) można było racjonalnie wytłumaczyć, o tyle z nieobecnością Roberta Lewandowskiego tak łatwo już nie było, ale to również da się zrozumieć. Kapitan reprezentacji Polski zdecydowanie ma prawo być zmęczonym.

Grzmoty spadły na nas jednak w momencie ogłoszenia wyjściowego składu na mecz z Węgrami. Szczególnie w oczy rzucała się nieobecność Piotra Zielińskiego w wyjściowej jedenastce. Przyczyn tej nieobecności nie znamy, ale wiemy już, że był to błąd ze strony selekcjonera. Udowodniła to zmiana Zielińskiego.

Mecz z Węgrami był pierwszym spotkaniem, w którym Paulo Sousa pierwszy raz zawiódł kibiców swoim czytaniem meczu. Zmiana Modera w przerwie meczu? Niezrozumiała. Wprowadzenie Frankowskiego na boisko do środka, a nie na wahadło za fatalnego Puchacza? Absurd. Tak długi występ bezproduktywnego Piątka? Niezrozumiałe. Wiele decyzji się nie zgadzało, ale najgorsze jest to, że na końcu nie zgadzał się też wynik. Polska przegrała z Węgrami na Stadionie Narodowym 1:2. Sousa komplikuje sobie życie, ale może woli grać z mocnymi?

Kadencja Sousy w liczbach

Gdybyśmy chcieli spojrzeć jedynie na same liczby, to właściwie moglibyśmy już dawno zwolnić Sousę. Jego reprezentacja rozegrała 15 spotkań. Udało nam się wygrać zaledwie sześć z nich, zremisowaliśmy pięć i przegraliśmy cztery. Bilans bramkowy za Sousy wynosi 37:20. Średnio zdobywamy 1,53 punktu na mecz. Nie napawają optymizmem te dane.

To, co musi napawać jakimś tam optymizmem, to fakt, że średnio co trzeci strzał oddany przez naszego reprezentanta jest celny. Zaś ponad 50% strzałów celnych zamieniamy na gole – dokładnie 54%. Na pewno za Sousy staliśmy się reprezentacją bardziej ofensywną. Może nawet widowiskową, ale tracimy dużo goli – często głupich. Czy to wystarczy na baraże o MŚ 2022? Zobaczymy w marcu.

Komentarze
ada (gość) - 11 miesięcy temu

Nieźle opisane, w punkt !

Odpowiedz
(gość) - 11 miesięcy temu

Serdecznie dziękuje. Miłe słowa zawsze pchają do przodu!

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze