Sławomir Peszko był jednym z najważniejszych budowniczych zwycięstwa Lecha nad krakowską Wisłą. Niestety, w końcówce meczu, po starciu z Cleberem, musiał opuścić boisko na noszach. Jeszcze bardziej ucierpiał Brazylijczyk, który ze stadionu karetką został przetransportowany do szpitala. Po meczu Peszko podzielił się z dziennikarzami wrażeniami z tej sytuacji i nie tylko.
Jak z Twojej perspektywy wyglądało to starcie z Cleberem?
To była zwyczajna walka o piłkę, starałem się przede wszystkim przerwać akcję. Niestety, on upadł bardzo nieprzyjemnie, a przewracając się, trafił mnie jeszcze kolanem w mięsień uda. Noga jest mocno stłuczona, ale jestem optymistą. Mam nadzieję, że do czwartku mięsień przestanie boleć.
W ostatnich meczach, kiedy traciliście bramkę jako pierwsi, mieliście problemy z odrobieniem strat. Z Wisłą było inaczej, co się zmieniło?
Po golu Brożka spojrzałem na chłopaków i nie było widać takiego zwątpienia, jak przed tygodniem w Zabrzu. Wtedy zwiesiliśmy głowy i wiedzieliśmy, że ciężko będzie wyrównać. Tym razem po utracie gola nie straciliśmy głowy, szybko doprowadziliśmy do remisu i spokojnie ustawiliśmy sobie grę. Pokazaliśmy konsekwentną i przede wszystkim akcję drużynową. Jeśli tak będzie dalej, to nikt nas nie zatrzyma.
Czy w związku z tym dwa wysokie zwycięstwa z Cracovią i Wisłą będą dla Lecha przełomowe?
Jest to dla nas jakieś światełko w tunelu. Można powiedzieć, że byliśmy już w ringu na kolanach, ale wielkie drużyny poznaje się po tym, że kiedy gra nie idzie, potrafią wstać. Mam nadzieję, że to będzie dla nas krok do przodu. W zeszłym roku też mieliśmy dużo punktów straty, ale przełamaliśmy się właśnie w meczu z Wisłą i chciałbym, żeby tym razem było podobnie.
Przed meczem z Wisłą w mediach wiele mówiło się o możliwej zmianie na stanowisku szkoleniowca Lecha. Zagraliście ten mecz dla trenera?
Nie, przede wszystkim zagraliśmy dla siebie. Sytuacja w prasie nie pomagała ani nam, ani trenerowi, ale jak widać, potrafiliśmy wyjść z tego wszystkiego.










