Górnik Zabrze uległ na własnym stadionie 0:2 liderowi T-Mobile Ekstraklasy. Bramki dla podopiecznych Oresta Lenczyka padały po strzałach Piotra Celebana i Waldemara Soboty.
Już na początku spotkania piłkarze pokazali kibicom, że warto było przyjść na stadion w Zabrzu. Po siedmiu minutach gry goście mogli wyjść na prowadzenie. Ćwielong świetnie dorzucił w pole karne, tam był Łukasz Madej, który uderzył z pierwszej piłki w róg bramki, a jego strzał bardzo dobrze wybronił Łukasz Skorupski. „Górnicy” nie pozostawali dłużni, gdy Kamil Szymura sprytnie dobiegł do piłki i dobrze uderzył, ale tym razem bramkarz gości popisał się ładną interwencją.

W 16. minucie spotkania odezwał się Sebastian Mila. Pomocnik „Wojskowych” nastraszył Skorupskiego potężnym strzałem z dystansu, po którym piłka nieznacznie minęła poprzeczkę. Z dystansu swoich sił spróbował także Paweł Olkowski, ale tym razem futbolówka przeleciała daleko ponad bramką. Drugi kwadrans zakończyła zmiana w zespole Górnika. Boisko opuścił kontuzjowany Tomasz Zahorski, a w jego miejsce pojawił się Wodecki. Minęło pół godziny, a na tablicy wyników wciąż widniały dwa zera.
Ostatni kwadrans w końcu przyniósł bramkę kibicom przy Roosevelta. Po kilku nudnych minutach Sebastian Mila wykonywał rzut rożny z lewego narożnika. Piłka po dośrodkowaniu została mocno uderzona przez Jarosława Fojuta, strzał wybroniony został przez Skorupskiego, ale po chwili piłka wpadła do siatki po dobitce Piotra Celebana, który zanotował piąte trafienie w tym sezonie. Ostatnie minuty nie przyniosły więcej bramek, a po ostrej grze w środku pola i doliczonej minucie sędzia Hubert Siejewicz zakończył pierwszą połowę spotkania.
Po przerwie bardziej bojowe nastroje towarzyszyły piłkarzom Górnika. Gospodarze szaleńczo atakowali bramkę Gikiewicza, ale wrocławski bramkarz bronił bardzo dobrze. Po siedmiu minutach gry długie dośrodkowanie jednego z „Górników” lekko musnął Gołębiewski, a zmylony Gikiewicz z problemami w ostatniej chwili wybił piłkę. Po chwili bramkarz gości po raz kolejny świetnie wyłapał futbolówkę po strzale z główki Jonczyka. W 57. minucie kibice przy Roosevelta zamarli. W stronę pola karnego biegł Gołębiewski, który dobrze odegrał do Wodeckiego. Marcin Wodecki uderzył w słupek, a gdy futbolówka do niego wróciła, posłał piłkę daleko od bramki. Zdecydowanie 23-latkowi zabrakło w tej sytuacji zimnej krwi.












