Jeszcze trzy lata temu Sheffield United błąkało się po środkowej części tabeli League One, a dzisiaj staje się pełnoprawnym beniaminkiem Premier League. Co by nie mówić – przygoda piorunująca. Ekipa Chrisa Wildera konsekwentnie wspinała się na kolejne szczyty w Anglii i nareszcie sięgnęła tego najwyższego. Historia „Szabli” jest idealnym przykładem na to, jak długofalowy projekt wieńczyć pięknym sukcesem.
Sezon 2015/2016 był ostatnim, w którym Sheffield błądziło bez wysoko postawionego celu. Właśnie po nim w klubie pojawił się Chris Wilder, czyli swego czasu tamtejszy piłkarz, kibic i chłopiec od podawania piłek. Wnet, jak za dotknięciem magicznej różdżki, w kolejnym sezonie najstarszy klub na świecie zdystansował resztę stawki, wygrywając 3. ligę po zdobyciu 100 punktów. Później okazało się, że awans do Championship nie był przypadkiem, bo „Szablom” zabrakło jedynie sześciu punktów do strefy barażowej.
I właśnie powrót na angielskie zaplecze udowodnił, że w tej drużynie drzemie ogromny potencjał. Co prawda Sheffield skończyło poprzednią kampanię na 10. lokacie, ale w roli beniaminka Championship, co można było traktować jako niemały sukces. Podopieczni Wildera potrafili wygrywać z Wolverhampton (!), dwukrotnie z Leeds, Derby czy Norwich, dlatego powtórzę jeszcze raz: o przypadku nie ma mowy. Kampania 2017/2018 była swoistym rekonesansem ligi, a ta obecna – zaplanowanym atakiem na marzenia.
Największe atuty Sheffield United?
Jest ich kilka, ale zaczniemy od Bramall Lane, czyli istnej twierdzy w hrabstwie Yorkshire. Na własnym stadionie „Szable” błyszczą najmocniej i tam też zdobyły najwięcej punktów w Championship obok Norwich (49). Tym, co w ich domowych występach szczególne, jest gra defensywna. Sheffield straciło bowiem najmniej bramek zarówno w meczach u siebie (17), jak i ogółem (39)! Forma domowa z sezonu na sezon zostaje zatem zachowana, bo ostatnie dwie kampanie kończyły się podobnym wynikiem (po 17 i 20 goli rywali).











