Kebba Ceesay to postać, którą kibice Lecha Poznań wspominają z ogromnym sentymentem. Choć spędził w stolicy Wielkopolski cztery lata, a poważne problemy zdrowotne ograniczyły liczbę jego występów na boisku, na stałe zapisał się w historii klubu i pamięci fanów. W szczerej rozmowie były obrońca opowiada o kulisach swojego transferu do Poznania, trudnych chwilach walki o powrót do zdrowia oraz o nowym etapie w życiu zawodowym. Zapraszamy do lektury!
Ceesay pojawił się w Poznaniu w lipcu 2012 roku i od razu dał się poznać jako solidny, dynamiczny defensor. Dziś 38-latek rozwija się nie tylko w aspekcie sportowym. Rodzinne tradycje kontynuuje natomiast jego syn, Aleksander, który szkoli się w akademii Lecha Poznań. W wywiadzie dla iGola Gambijczyk wspomina najlepsze momenty kariery i opowiada o możliwościach rozwoju kariery zawodowej po zakończeniu przygody zawodniczej.
Dominik Michalski (iGol.pl): Kebba, wczoraj [wywiad przeprowadzono 26.10.2026 r.] Lech wygrał z Legią na wyjeździe i objął pozycję lidera tabeli. Czy śledzisz dalej wyniki „Kolejorza”?
Kebba Ceesay: Tak, oczywiście. Mój syn gra obecnie w akademii Lecha, a „Kolejorz” zawsze był klubem bliskim memu sercu, więc oczywiście, że śledzę ich wyniki. Oglądałem ostatni mecz Lecha z Sunderlandem. To taki klub, który na zawsze pozostaje częścią twojego życia. W moim przypadku właśnie tak się stało. Spędziłem tam cztery lata życia, w Poznaniu urodził się mój syn Aleksander, spotkałem tam też jego mamę. Pobyt w Polsce wiele mnie nauczył, poznałem kulturę i język polski.
W ostatnich latach Lech często korzystał z usług szwedzkich zawodników, dziś stanowią oni siłę zespołu. Mimo że jesteś Gambijczykiem, w Szwecji spędziłeś większość życia. Jak myślisz, co sprawia, że w Lechu Szwedzi zawsze byli doceniani?
Szwedcy piłkarze są zdyscyplinowani, zarówno jako ludzie, ale także na boisku. To cecha bardzo ważna w dzisiejszym futbolu. Oczywiście wnoszą też do drużyny olbrzymią jakość, ale przede wszystkim, mówiąc o szwedzkim zawodniku, klub, który go pozyskuje, wie, czego może się spodziewać. Szwedzi to zawodnicy ciężko pracujący, nie tylko tacy, którzy sprawią, że gra będzie przyjemna dla oka. Są zawodnikami zespołowymi, zaangażowanymi w grę i myślę, że z tego powodu taki klub jak Lech mocno ceni tę narodowość.
Takie cechy Szwedów powodują, że przekłada się to także na wyniki ich reprezentacji narodowej.
Wierzę, że jedną z mocnych stron szwedzkiego futbolu jest cierpliwość i ciągłość, jakimi często wykazuje się tam podejście do budowania zespołu. W piłce reprezentacyjnej zawsze oczekuje się wyników, ale stworzenie odnoszącej sukcesy drużyny narodowej wymaga czasu, stabilizacji i zaufania do całego procesu. Polska także ma wielu utalentowanych zawodników i uważam, że zachowując ciągłość pracy oraz mając jasną, długofalową wizję, reprezentacja ma ogromny potencjał.
Szwedzi tej cierpliwości mają po prostu więcej. Opinia publiczna ma duże zaufanie do selekcjonera, który buduje drużynę, mimo, że ta jeszcze niedawno przeżywała kryzys. Kadra Szwedów, choć też się zmienia, w ostatnim czasie była bardziej stabilna. Aby oceniać rozwój kadry i wyniki, trener musi dostać co najmniej dwa-trzy lata na zbudowanie i zgranie zespołu.
Zapytam o początki Twojej przygody w Szwecji. Mimo że urodziłeś się w Gambii i masz na koncie występy w reprezentacji tego kraju, posiadasz także obywatelstwo szwedzkie. Kiedy przyjechałeś do Skandynawii?
Przyjechałem do Szwecji, gdy miałem 13 lat. Wcześniej pracował tu mój ojciec, który prowadził firmę zajmującą się naprawą samochodów. Chciał, żebyśmy wraz z mamą i moją siostrą także przyjechali, zależało mu na tym, żebyśmy mieli dobry dostęp do edukacji.
Z jakimi wyzwaniami musiałeś zmierzyć się na początku? Do czego, co wydawało Ci się na początku dziwne, już przywykłeś?
Na początku oczywiście miałem problem z komunikacją. Dziś mówię już w pięciu językach, ale gdy przyjeżdżałem jako nastolatek, trudno było nawiązać jakieś nowe znajomości. Zaskoczeniem była też pogoda. Gdy wyjeżdżałem z Gambii, było ponad 30 stopni, a w Szwecji zastała mnie ciemność i ujemna temperatura. Początki na pewno były bardzo trudne, ale muszę przyznać, że futbol odegrał kluczową rolę w mojej adaptacji.
Piłka pozwoliła mi nawiązać znajomości, to poprzez grę poznałem wiele nowych osób na tym początkowym etapie pobytu w Szwecji. Teraz czuję się tu jak Szwed. To tak jak w Polsce czułem się jak Polak. Poznałem język, co wiele mi dało. Do dziś ludzie są zaskoczeni tym, że mówię po polsku. Gdy spotkam w Szwecji Polaka, staram się coś po polsku powiedzieć – muszę to robić, bo nie chcę zapomnieć języka polskiego. Kiedyś oglądałem trening Djurgarden, w którym gra Piotr Johansson, Szwed urodzony w Polsce. Podszedłem do niego i zacząłem mówić po polsku, a on był zdecydowanie zdziwiony tym faktem.

Polska była obok Szwecji jedynym krajem, w którym grałeś w trakcie swojej kariery. Jak to się stało, że trafiłeś do Lecha?
Miałem propozycje z Francji oraz MLS. Pamiętam jednak telefon od agenta, który oznajmił, że obserwuje mnie Lech. Zapytałem wtedy z uśmiechem: „No dobrze, Lech, ale z jakiego kraju?”. Postanowiłem jednak przylecieć do Polski i zobaczyć klub na własne oczy. Gdy dotarłem na miejsce, od razu poczułem, że to będzie mój nowy dom. Czułem się mile widziany i podjąłem decyzję o transferze. W szatni świetnie przywitali mnie Manuel Arboleda, Luis Henríquez oraz Bartek Ślusarski, który nauczył mnie mnóstwa ciekawych zwrotów po polsku (śmiech).
Czy przed podpisaniem kontraktu miałeś jakieś wyobrażenie o Lechu? To przecież uznana marka w Polsce. Czy taka presja sprawia, że zawodnik wątpi w swoje możliwości, czy raczej motywuje do działania?
Wszystko zależy od psychiki konkretnego gracza. Jeden z moich przyjaciół powiedział kiedyś mądrą rzecz: jeśli odczuwasz presję, to znak, że ci zależy. Kadra Lecha zawsze prezentowała wysoką jakość, a w takim klubie chcesz udowodnić swoją wartość. Wymagania są nieuniknione, ale kluczowe jest to, jak na nie odpowiesz. Jeśli oddasz serce walce dla barw klubowych, kibice na pewno to docenią. Grając w zespole celującym w najwyższe cele, presja jest czymś naturalnym i stanowi część tego sportu. Sfera mentalna liczy się dokładnie tak samo jak technika i taktyka. Przez lata w Poznaniu przewinęło się wielu utalentowanych piłkarzy, którzy nie zrobili wielkich karier. Występy w takim klubie to ogromna szansa, którą musisz w pełni wykorzystać, czyniąc z niej wyjątkowy moment swojego życia.
Co zaskoczyło Cię w Polsce najbardziej i wydawało się na początku osobliwe?
Przyznam szczerze, że przed przyjazdem czułem niepokój, ponieważ moja wiedza o tym kraju była znikoma. Często boimy się tego, czego nie znamy. Pochodzę z Afryki i zastanawiałem się, jak zostanę przyjęty. Szybko jednak okazało się, że można tu bez problemu odnaleźć swoje miejsce. Ludzie okazali się niezwykle kulturalni, co odczułem w wielu sytuacjach. Od dziecka wpajano mi szacunek do innych i pod tym względem tutejsze społeczeństwo bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.

Twój pierwszy sezon w Lechu (2012/2013) był bardzo udany. 25 meczów, 2 bramki oraz debiut w eliminacjach Ligi Europy przed własną publicznością. Jak go wspominasz? Czy to był Twój najlepszy okres w Poznaniu?
Myślę, że tak, choć kontuzje uniemożliwiły mi zaprezentowanie pełni moich możliwości w dłuższym okresie. Przed urazem czułem, że rozwijam się w dobrym kierunku i gram na naprawdę wysokim poziomie. Niestety przez kontuzję straciłem aż 13 miesięcy. Taki bywa sport i życie. Kontuzja nadeszła w najgorszym możliwym momencie. Mimo wszystko jestem wdzięczny losowi, że mogłem grać zawodowo i być częścią Lecha. Kiedy jako 13-latek przyjeżdżałem do Szwecji, nie myślałem, że kiedykolwiek zostanę zawodowym piłkarzem, dlatego chciałem po prostu cieszyć się każdą chwilą na boisku w barwach „Kolejorza”.
Mimo że spędziłeś w Poznaniu cztery lata, rozegrałeś w lidze tylko 53 mecze, co w dużej mierze wynikało z kłopotów zdrowotnych. Z jakim urazem się zmagałeś?
Miałem poważny problem z kolanem. Prawda wyszła na jaw dopiero po pierwszej operacji, kiedy okazało się, że mam zerwane więzadło krzyżowe przednie (ACL), podczas gdy pierwotnie operowano mnie tylko ze względu na uszkodzoną łąkotkę. Po pięciomiesięcznej rehabilitacji wyszło na to, że konieczny jest kolejny zabieg i rekonstrukcja ACL. W tamtym momencie poważnie myślałem o zakończeniu kariery, ale ostatecznie zrezygnowałem z tego kroku. Wielka w tym zasługa Lecha, który wykazał się ogromną lojalnością i dał mi mnóstwo wsparcia. Klub przedłużył mój kontrakt, dzięki czemu mogłem w spokoju skupić się na powrocie do zdrowia. Dziś, patrząc wstecz, wiem, jak trudny to był czas, ale wierzę w zasadę: „co cię nie zabije, to cię wzmocni”.
Mimo problemów zdrowotnych zdobyłeś z Lechem mistrzostwo i Superpuchar Polski. Po latach można stawiać pytania „co by było, gdyby…”. Czy gdyby notoryczne kontuzje Cię omijały, trofeów i transferów do mocniejszych lig byłoby więcej?
Po latach jestem po prostu wdzięczny futbolowi za to, jak wiele mi dał. Dzięki piłce stałem się lepszym człowiekiem, a ten sport mnie ukształtował. Nie patrzę wstecz z żalem. Jako dziecko musiałem o wszystko walczyć i niczego nie dostawałem za darmo. Ta wytrwałość pozwoliła mi przeżyć w futbolu mnóstwo wspaniałych chwil. Jestem przekonany, że bez kontuzji otworzyłyby się przede mną drzwi do silniejszych lig, ale i tak jestem w pełni usatysfakcjonowany osiągniętymi wynikami.
Gdy grałeś w Lechu, w drużynie – podobnie zresztą jak teraz – nie brakowało utalentowanej młodzieży: Karol Linetty, Tomasz Kędziora, Bartosz Bereszyński, a później Dawid Kownacki czy Jan Bednarek. Po kim od razu było widać, że zrobi dużą karierę?
Wszyscy wymienieni zawodnicy dysponowali olbrzymim potencjałem i wcale mnie nie dziwi, gdzie dzisiaj są. Jednak największym talentem wyróżniał się dla mnie Karol Linetty. W szatni był cichym, nieśmiałym chłopakiem, ale na boisku zmieniał się nie do poznania. Gra z nim była czystą przyjemnością. Czuł się niezwykle swobodnie, a piłka była mu całkowicie posłuszna.
Czy w tamtej szatni Lecha był ktoś, kto miał ogromny talent, ale ostatecznie nie pokazał pełni swoich możliwości?
Trudno mi wskazać konkretnego gracza z Lecha, ale wielu takich utalentowanych chłopaków przewinęło się w Szwecji. Wydawało się, że stać ich na wielkie granie, a w praktyce nic z tego nie wyszło. To po raz kolejny dowodzi, że nieważne, jak wielki masz talent czy umiejętności. Kluczem jest dyscyplina, codzienna praca nad sobą i gotowość do wykorzystania nadarzającej się szansy.
Jakie jest Twoje najpiękniejsze, najbardziej osobiste wspomnienie z czasów gry w Lechu?
Myślę, że mój pierwszy gol dla Lecha. Kiedy strzeliłem tę bramkę, w pierwszej chwili nie wiedziałem gdzie jestem. Czułem gigantyczną radość, którą pamiętam do dziś. Równie wspaniale wspominam debiut, podczas którego po raz pierwszy poczułem niesamowitą atmosferę stadionu i wsparcie kibiców. Do dzisiaj, gdy oglądam mecze w telewizji lub z trybun, wracają wspomnienia tego, jak wielkim przeżyciem była gra przed poznańską publicznością.
Czy wyjeżdżając z Poznania, czułeś smutek? Co sprawiło, że zdecydowałeś się na powrót do Szwecji, a nie na szukanie klubu w Polsce?
Odejście z Lecha nie było łatwą decyzją, ponieważ ten klub stał się ważną częścią mojego życia. Po 13 miesiącach ciężkiej pracy nad powrotem do zdrowia po kontuzji czułem się fizycznie gotowy, by znów dawać drużynie jakość. To naturalne, że jako zawodnik chciałem dostawać więcej szans na udowodnienie swojej wartości na boisku. Jednak patrzę na to dzisiaj inaczej, szczególnie z perspektywy trenera. Rozumiem, że szkoleniowcy muszą podejmować trudne wybory, a każda sytuacja składa się z wielu różnych czynników. Nie mam żadnego żalu do klubu. Lech wspierał mnie w jednym z najtrudniejszych momentów w mojej karierze i to jest coś, co zawsze będę doceniał.
Moja decyzja o powrocie do Szwecji wynikała po prostu z chęci znalezienia odpowiedniego miejsca, by kontynuować grę i na nowo cieszyć się futbolem. Po odejściu z Lecha miałem ofertę z Arki Gdynia, ale będąc po tak ciężkiej kontuzji, wolałem zacząć praktycznie od nowa.
Czy w Twoim domu rozmawia się po polsku? Pamiętasz jeszcze ten język?
Tak, z synem staram się rozmawiać po polsku, żeby go nie zapomnieć. Zresztą, jak widać, sporo zwrotów wciąż pamiętam (śmiech). Czasem rozmawiamy po polsku, czasem po angielsku. Aleksander chodzi do prywatnej szkoły z wykładowym angielskim, ale po polsku też potrafi się porozumiewać.
Kilka lat temu wspominałeś w wywiadzie, że pracowałeś w salonie Volvo i na jakiś czas oddaliłeś się od futbolu. Skąd decyzja, aby pójść akurat w tę stronę?
Jeszcze 2-3 lata przed oficjalnym zakończeniem kariery zacząłem pracować. Wielu zawodników popełnia błąd, nie przygotowując się na życie po futbolu. Zapominają, że kariera kiedyś się kończy, a dawne zarobki nie gwarantują bezpieczeństwa finansowego na przyszłość. Zacząłem więc budować swoje CV. Pracowałem w sprzedaży, branży IT oraz właśnie w salonie Volvo. Motoryzacja była bliska mojemu ojcu, a mnie samego ten temat również interesował. Uznałem, że to dobra opcja. Według mnie niezwykle ważne jest zdobywanie doświadczenia w różnych branżach, budowanie kontaktów i próbowanie nowych rzeczy. Teraz sam staram się doradzać piłkarzom zbliżającym się do końca kariery, by zawczasu pomyśleli o swojej drodze zawodowej.
Kiedy oficjalnie zakończyłeś karierę i co o tym zdecydowało? Zdrowie czy po prostu poczucie, że czas na nowy etap?
W głównej mierze zadecydowały problemy zdrowotne. Przez ostatnie dwa lata kariery codziennie brałem Voltaren. Gra wiązała się z chronicznym, codziennym bólem, a po wysiłku meczowym sytuacja jeszcze się pogarszała. Przeszedłem w życiu aż sześć operacji i wiedziałem, że nie chcę dłużej tak funkcjonować. Choć była to trudna decyzja, bo futbol dał mi tak wiele możliwości, musiałem zrezygnować. Przez pierwsze dwa lata po zakończeniu gry wciąż czułem frustrację, oglądając mecze w telewizji i myśląc, że na miejscu tamtych zawodników zrobiłbym coś lepiej. Dziś jednak wiem, że była to jedyna słuszna decyzja. Czasem jeden etap musi się zamknąć, aby zrobić miejsce dla kolejnego.
Co skłoniło Cię do powrotu do futbolu? Brakowało Ci emocji z boiska?
Po dwóch-trzech latach od zawieszenia butów na kołku poczułem, że brakuje mi czegoś istotnego. Normalnie pracowałem, ale nie chciałem, aby moja przygoda z piłką zakończyła się w taki sposób. Nie tak to sobie wyobrażałem. Jednocześnie bezpośrednio po zakończeniu gry potrzebowałem przerwy i dystansu. Kiedy poczułem, że to właściwy moment, wróciłem z ogromną pasją. Czas spędzony poza futbolem poświęciłem na rozwój osobisty i uważam, że było to niezwykle potrzebne.
Z tego, co można zauważyć m.in. na Twoim Instagramie, zostałeś trenerem. Na jakim poziomie rozgrywkowym prowadzisz swój zespół?
Tak, obecnie pracuję w drużynie z piątego poziomu rozgrywek. Sprawia mi to ogromną radość. Rano wstaję z uśmiechem, wiedząc, że jestem trenerem. Dzisiejszy futbol pełen jest pośpiechu. Każdy od razu chce być pierwszym szkoleniowcem i gwiazdą na wielkiej scenie. Mnie na tym nie zależy. Chcę spokojnie popełniać swoje błędy na tym poziomie, aby nabrać doświadczenia i stać się w pełni gotowym oraz kompetentnym, gdy nadejdzie czas na wyższą ligę.
Wyświetl ten post na Instagramie
Post udostępniony przez Under Eliten | Lokalfotboll (@under_eliten)
Które cechy z boiska są dla Ciebie najważniejsze w pracy trenerskiej?
Przede wszystkim wspomniana już dyscyplina. Zawsze byłem bardzo wymagający wobec siebie i tego samego oczekuję od swoich zawodników. Kiedy grałem, doceniano moje profesjonalne podejście i dziś cieszę się, widząc tę samą cechę u moich podopiecznych. Prowadząc zespół, bardziej cenię piłkarza, który właściwie reaguje po stracie piłki, niż takiego, który efektownie okiwa trzech przeciwników. W dzisiejszym futbolu mentalność i odpowiedzialność za zespół są kluczowe. Współcześni gracze są świetnie wyszkoleni technicznie i motorycznie, ale w sferze mentalnej często potrzebują wsparcia i czuję, że jestem po to, by im je zapewnić.
Jakie masz cele trenerskie? Chcesz działać lokalnie, czy traktujesz obecną pracę jako przystanek przed wejściem do wyższych lig?
Oczywiście, że chciałbym kiedyś pracować w profesjonalnym klubie z wyższej ligi, ale wiem, że nic nie przychodzi od razu. Wszystko ma swój czas. Na razie zaangażowałem się w projekt lokalny, by sprawdzić, czy odnajdę się w roli trenera. Lubię rozmawiać z ludźmi i sprawiać, by każdy z nich stawał się nie tylko lepszym piłkarzem, ale też lepszym człowiekiem.
W zespole mamy wielu młodych chłopaków, a największą satysfakcją jest oglądanie ich postępów i kształtowanie ich karier. Wierzę, że mam predyspozycje, by w przyszłości poprowadzić większy klub, ale na wszystko przyjdzie pora. Dzisiejszy futbol uczy pośpiechu, lecz sukces buduje się ciężką pracą i dyscypliną. Nie ukrywam, że w przyszłości, dzięki doświadczeniu zebranemu w sprzedaży, IT czy biznesie, myślałem także o roli dyrektora sportowego. Na razie skupiam się jednak na sumiennym wykonywaniu obecnej pracy, bo wierzę, że jeśli robisz coś z pasją i dobrze, naturalnie pojawią się kolejne szanse.
Czy Twój syn zamierza pójść w Twoje ślady i zostać zawodowym piłkarzem? Jako były zawodnik i ojciec-trener nie obawiasz się, że wywierasz na nim presję?
Aleksander ma dziś 11 lat i trenuje w akademii Lecha. Kocha ten klub tak samo jak ja i zawsze powtarza, że chce być profesjonalnym piłkarzem. Gra na tej samej pozycji co ja i ma świetne warunki fizyczne. Kiedy przyjeżdża do Szwecji, spędzamy na boisku całe godziny. Staram się jednak nie wywierać na nim presji. W tym wieku najważniejsza jest radość z gry. Oczywiście, że chciałbym, aby został piłkarzem, ale niezależnie od tego, jaką drogę wybierze, zawsze będę go wspierał. Przede wszystkim chcę wychować go na dobrego człowieka, bo futbol to nie wszystko. Cieszę się jednak, że już teraz jest bardzo odpowiedzialny i świadomy. Ma swój harmonogram dnia, dzień zaczyna od pompek, a trenuje codziennie. Takie zorganizowanie w tym wieku to ogromny atut. Aleksander od zawsze chciał grać w Lechu. Gdy był młodszy, wyszukiwał na YouTubie moje stare mecze i pokazywał mi moje najlepsze zagrania.

Skoro śledzisz losy Lecha, z pewnością widzisz, że w Ekstraklasie radzą sobie dobrze, ale do europejskiej czołówki wciąż sporo brakuje, co pokazały ostatnie mecze pucharowe. Czego według Ciebie brakuje polskim klubom, w tym Lechowi, by regularnie grać w Lidze Mistrzów i odnosić sukcesy w Lidze Europy?
To bardzo trudne pytanie. Najlepiej odpowiedź znają ludzie pracujący w zarządzie, sztabie i drużynie Lecha. Gra w pucharach wymaga niezwykle wyrównanej i szerokiej kadry, która pozwala na rotację bez straty jakości. Widać pewną prawidłowość we wszystkich polskich klubach. Gdy dobrze idzie w lidze, w Europie często brakuje wyników, i na odwrót. Jak już wspominałem, piłka nożna w ogromnym stopniu opiera się na mentalności. Czasami, gdy czegoś bardzo mocno chcesz i zbyt usilnie do tego dążysz, to po prostu nie wychodzi. Myślę, że tak mogło być w tym roku w kontekście awansu do Ligi Mistrzów. Lech ma świetnych, jakościowych zawodników, którzy nie muszą czuć kompleksów przed rywalami. Problem polegał na tym, że presja i ogromna chęć awansu mogły ich nieco sparaliżować. Czasem w życiu trzeba poczekać na odpowiedni moment. Wierzę, że Lech wyciągnie wnioski i za rok wróci silniejszy.
Kebba, bardzo dziękuję Ci za tę rozmowę, za mnóstwo ciekawych spostrzeżeń, wartościowych refleksji i wspaniałych opowieści. Życzę Ci powodzenia w karierze trenerskiej i sukcesów dla Twojego syna!
Bardzo dziękuję! To była dla mnie ogromna przyjemność. Zawsze chętnie wracam pamięcią do czasów gry w Poznaniu i rozmawiam o Polsce. Pozdrawiam serdecznie wszystkich kibiców Lecha. Trzymam kciuki za klub i mam nadzieję, że do szybkiego zobaczenia!











