29 czerwca 2009 roku. Malmoe. Finałowy mecz młodzieżowych mistrzostw Europy Niemcy – Anglia. Nasi zachodni sąsiedzi rozbijają wyspiarzy 4:0, a pierwsze skrzypce gra Sandro Wagner. Dziś ten sam Wagner, zamiast brylować w największych klubach Europy, notuje dobre występy w beniaminku Bundesligi – Darmstadt.
Monachijczyk z krwi i kości, lokalny patriota – tak mówi o sobie. Kilka miesięcy po wspaniałych szwedzkich mistrzostwach złapał znakomitą formę w drugoligowym MSV Duisburg. W pierwszych czterech meczach strzelił pięć goli. Pod koniec września spotkał go życiowy dramat. Zerwał więzadła krzyżowe, przez co pauzował kilka długich miesięcy. Zimą 2010 roku Thomas Schaaf ściągnął go do Werderu. Po wyleczeniu urazu Wagner zaczął grać w rezerwach, a latem 2010 roku został włączony do pierwszej drużyny, która występowała w Bundeslidze i Lidze Mistrzów. Dla snajpera z Bawarii nie był to jednak pierwszy kontakt z niemiecką elitą.

Kilka lat wcześniej posmakował jej w Bayernie. W sezonie 2007/2008 Ottmar Hitzfeld postanowił dać szansę młodzianowi. Wystąpił w czterech spotkaniach w lidze. Z pewnością najbardziej zapamiętał to z 25 sierpnia 2007 roku z Hannoverem 96 (na ławce rywali z Dolnej Saksonii siedział Polak – Dariusz Żuraw). Wszedł w 30. minucie za Lucę Toniego, a jego godzinny występ był przyzwoity. – Był mobilny i szukał gry w wielu momentach – powiedział szkoleniowiec „Gwiazdy Południa”. Latem 2008 roku przeniósł się do spadkowicza – MSV Duisburg.
Powróćmy do bremeńskiego epizodu. Kampanię 2010/2011 mógł zaliczyć do gatunku tych udanych. Wychowanek Bayernu wchodził co prawda regularnie z ławki rezerwowych, ale koniec końców zaliczył sporo występów. Następny sezon był już w jego wykonaniu dużo słabszy. Z wypożyczenia do Racingu Santander wrócił Markus Rosenberg, działacze zatrzymali Arnautovicia i Claudio Pizarro. Wagner skazany był na rolę żelaznego rezerwowego, a w zimowym oknie transferowym w 2012 roku postanowił poszukać swojej szansy w Kaiserslautern. Do drużyny ze wzgórza Betzenberg trafił na zasadzie wypożyczenia.
Za rywala miał m.in. naszego rodaka – Jakuba Świerczoka. Ten epizod chciałby jednak jak najszybciej wymazać z pamięci. Dostawał więcej szans, ale atmosfera wokół klubu była zła. – To był największy błąd. Nie funkcjonowaliśmy jako kolektyw i czułem się bardzo niekomfortowo – przyznał. Ostatecznie półroczny okres zamknął bilansem 11 meczów. Nie zdobył ani jednej bramki, a zespół mistrza Niemiec z 1998 roku z hukiem wyleciał na zaplecze.











