Bramki ze spalonych, nieodgwizdane rzuty karne oraz „jedenastki” z kapelusza – to smutna rzeczywistość angielskiej ekstraklasy. Sędziowie w Premier League popełniają kuriozalne błędy w praktycznie każdej kolejce. Pomimo ogromu kontrowersji i fatalnych pomyłek arbitrów angielska federacja nadal zastanawia się nad sensem wprowadzenia systemu VAR.
W kwietniu 2013 roku ogłoszono, iż system Hawk-Eye będzie pomagał arbitrom w rozgrywkach Premier League rozstrzygać sporną kwestię – czy piłka całym obwodem przekroczyła linię bramkową. Wprowadzenie technologii w dużej mierze było jednak spowodowane rozgoryczeniem wyspiarzy sytuacją zaistniałą na mundialu w 2010 roku, a nie chęcią oczyszczenia futbolu z kontrowersji. W spotkaniu 1/8 finału przy prowadzeniu Niemiec 2:1 Frank Lampard oddał strzał z dystansu, piłka odbiła się od poprzeczki i przekroczyła całym obwodem linię bramkową – gol nie został jednak uznany. Ostatecznie „Synowie Albionu” przegrali 1:4, odpadając z turnieju.
– Tu nie ma, o czym myśleć. Zajęło to trochę czasu, ale w końcu się udało. Uważam, że to ekscytujące. Hawk-Eye pozwoli nam uzyskać poprawną decyzję, co na tym poziomie jest niezwykle ważne. Potrzebujemy tego – powiedział Frank Lampard po wprowadzeniu technologii Hawk-Eye na angielskie boiska.
Po wdrożeniu technologii Hawk-Eye kwestią czasu wydawało się zrobienie kolejnego kroku – wprowadzenie przez władze Premier League powtórek wideo. Pomogłoby to arbitrom w podejmowaniu poprawnych decyzji. Gdy jednak świat obiegła informacja, że system VAR (Video Assistant Referee) zamierzają wprowadzać kolejne europejskie ligi (w tym nasza rodzima ekstraklasa), angielska federacja pozostała bierna.
Decyzja byłaby jak najbardziej zrozumiała, gdyby sędziowanie na boiskach Premier League było wzorowe, pozbawione większych błędów. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. Każda kolejka angielskiej ekstraklasy to festiwal sędziowskich pomyłek, które sprawiają, że część magazynu podsumowującego serię spotkań dotycząca kontrowersji trwa prawie tyle co skróty meczów. Bramki ze spalonych, nieodgwizdane rzuty karne oraz „jedenastki” z kapelusza – to smutna rzeczywistość Premier League.
Co jednak gorsze, pomyłki arbitrów nierzadko rzutują na ostateczny rezultat. Szczególnie jest to widoczne w spotkaniach, w których rywalizują ze sobą przedstawiciele tzw. „Top 6”. Różnice pomiędzy tymi zespołami są niewielkie, a o wyniku często decyduje dyspozycja dnia. Niestety nierzadko trzy grosze dorzucają także sędziowie swoimi pomyłkami, co w zdecydowanej większości tych starć wypacza wynik meczu. Jakby dla potwierdzenia niechlubnego trendu trójka arbitrów przesądziła o rezultacie niedzielnego spotkania pomiędzy Liverpoolem i Tottenhamem. Meczu o przysłowiowe sześć punktów, gdyż przed pierwszym gwizdkiem oba zespoły dzieliły w tabeli jedynie dwa „oczka”.
Spotkanie obfitowało w kontrowersje, choć lepiej napisać błędy sędziowskie. W 84. minucie przy rezultacie 1:1 sędzia główny, Jonathan Moss, zdecydował się podyktować rzut karny dla Tottenhamu po tym, jak bramkarz „The Reds”, Loris Karius, faulował rzekomo Harry’ego Kane’a. Po chwili wywiązała się dyskusja pomiędzy zawodnikami a arbitrem głównym oraz liniowym, Edwardem Smartem. Dyskusja, jak pokazały powtórki, totalnie niepotrzebna, gdyż w momencie podania Kane znajdował się na pozycji spalonej. Sędzia liniowy zdecydował się jednak ten fakt pominąć, co szeroko komentują obecnie brytyjskie media. Suchej nitki na Jonathanie Mossie nie zostawił były wieloletni angielski sędzia, Keith Hackett.











