Fani włoskiej piłki w końcu doczekają się startu swojej ukochanej ligi. Serie A startuje w ten weekend. Nie będzie wielkich nazwisk i fajerwerków, bo okienko transferowe znacznie umniejszyło znaczenie tych rozgrywek. Emocji jednak na pewno nie zabraknie.
Po niezwykle udanych dla włoskiej reprezentacji mistrzostwach Europy na ligę spadły w lecie ogromne ciosy. Serie A straciła swoje gwiazdy, zmniejszyło się jej znaczenie, zupełnie jak po 2006 roku, kiedy to wybuchła słynna afera korupcyjna. Wtedy również kadra zanotowała wielki sukces, zwyciężyła mistrzostwa świata. W czerwcu Włosi awansowali w wielkim stylu do finału Euro 2012, eliminując faworyzowanych Niemców. Zupełnie jak sześć lat wcześniej, kiedy to zwyciężyli odwiecznych rywali w Dortmundzie. Wówczas to w trakcie wakacji ligę opuściło parę gwiazd. Do podobnej sytuacji doszło i w tym roku. Z tym jednak wyjątkiem, że Milan i Napoli straciły swoje najjaśniejsze gwiazdy. Swoich bohaterów, herosów, a liga straciła przy tym sporo na wartości. PSG nie tyle wymierzyło cios w dwie wielkie włoskie firmy, co wręcz w całą Serie A. Obdarło ją ze skóry i pozostawiło ubogą jak nigdy. Dość powiedzieć, że po odejściu Ibrahimovicia, Lavezziego i Silvy, a także Pastore, Menzeza, Sissoko i Motty w zeszłym roku w całej włoskiej lidze pozostało zaledwie około dziesięciu wielkich gwiazd. Piłkarzy mogących porywać tłumy i rozbudzać publikę na stadionach do czerwoności. A wszystko to przez kryzys ekonomiczny, który nęka kraj. Odbija się to także na piłce. Kluby, zamiast sprowadzać wielkie nazwiska jak van Persie czy Tevez, muszą szukać oszczędności.

I w takich też nastrojach wchodzimy w nowy sezon. Rok, który może okazać się kluczowy dla włoskiej piłki. Może pokazać, co te rozgrywki są w stanie jeszcze dać kibicom i co osiągną na arenie międzynarodowej osłabione włoskie kluby. Najważniejsze jednak dla fanów włoskiego calcio pozostaje pytanie, kto zdobędzie scudetto, kto wygra te wciąż niesamowite rozgrywki i wzniesie do góry na koniec sezonu zwycięski puchar.
Jako pierwsze bój o zwycięstwo rozpoczną o godzinie 18:00 w sobotę drużyny Fiorentiny i Udinese. We Florencji nie ma już Artura Boruca, który nie przedłużył kontraktu z zespołem i obecnie szuka nowej drużyny. Mimo to będzie to niezwykle emocjonujące spotkanie, bo być może zobaczymy w bramce Udinese Szymona Pawłowskiego. W zeszłym roku nie zabrakło w tych pojedynkach goli, zwrotów akcji i zawrotnego tempa. Rok temu Fiorentina i Udinese zmierzyły się w 3. i 22. kolejce rozgrywek. W obu starciach górą byli gospodarze, najpierw zespół z Udine wygrał 2:0, a w rewanżu była ekipa Artura Boruca zwyciężyła 3:2. Dość powiedzieć, że zwycięski gol padł wówczas w końcówce meczu z rzutu karnego. Jego strzelcem był Stefan Jovetić, jedna z gwiazd Serie A. Czarnogórzec jest kuszony przez możnych ligi angielskiej, ale jak na razie pozostaje we Fiorentinie. Nie można się temu dziwić, bo to drużyna wyjątkowa, mająca bogatą historię. Na 81 rozegranych dotychczas sezonów popularna „Viola” 75 spędziła w najwyższej klasie rozgrywek. Daje jej to czwartą lokatę w wśród wszystkich klasyfikowanych drużyn. Udinese takim bilansem pochwalić się nie może, rozegrało do tej pory zaledwie 40 pełnych sezonów w Seria A. Jednak za nim przemawiają teraźniejsze sukcesy. Rok temu zajęło trzecie miejsce w lidze i puka do drzwi piłkarskiej Ligi Mistrzów. Poza tym ma też w składzie nieśmiertelnego Antonio Di Natale, a on zna sposób na obrońców Fiorentiny, których w zeszłym sezonie ogrywał skutecznie aż dwa razy.













