Ruch Chorzów pokonał po trudnym meczu Cracovię Kraków 2:0 i wciąż ma duże szanse na zdobycie tytułu mistrza Polski. Strzelcami bramek byli Arkadiusz Piech i Marek Zieńczuk. Szczególnie ta pierwsza bramka powinna dać do myślenia trenerowi Franciszkowi Smudzie.
Ruch od pierwszych minut był wyjątkowo sparaliżowany wagą tego spotkania. Chorzowianie dali się zdominować grających na luzie piłkarzy Cracovii i już po dziesięciu minutach mogli przegrywać 0:2. W 2. minucie po akcji Budzińskiego blisko strzelenia bramki był Matulevicius, lecz piłka po jego strzale minimalnie minęła poprzeczkę bramki Peskovicia. Osiem minut później akcję krakowian ponownie zainicjował Budziński, zagrał do Matuleviciusa a ten dograł do Visniakovsa, któremu zabrakło kilku centymetrów, żeby dosięgnąć piłki. Mimo niewykorzystanych szans Cracovia nie traciła wiary i wciąż szła do przodu. Kolejna groźna akcja miała miejsce w 16. minucie, tym razem ładnym uderzeniem z dystansu popisał się Matulevicius, ale piłka padła łupem Peskovicia.

Pierwszy kwadrans zdecydowanie należał do gospodarzy. To podopieczni Tomasza Kafarskiego grali z większą determinacją i zaangażowaniem. W 22. minucie stworzyli sobie oni kolejną, już czwartą, dogodną sytuację strzelecką. Tym razem w roli głównej wystąpił Visniakovs, który minimalnie chybił po strzale z okolicy 16 metrów. Ledwie 120 sekund później krakowianie wykonywali rzut wolny niemal z linii 16 metrów. Uderzał Boljević i co? I zatrzęsła się poprzeczka bramki Peskovicia. W końcu o akcję ofensywną pokusił się Ruch. Kontra chorzowian o mały włos nie zakończyła się golem. Arkadiusz Piech przegrał jednak pojedynek jeden na jednego z Kaczmarkiem.
Można mówić, że to ironia losu, ale Cracovia po tym, jak spadek stał się faktem dokonanym, grała jak z nut. Udawało jej się ratować przed degradacją w latach, kiedy do ostatniego meczu grała tak zwany piach, jednak w meczu z walczącym o tytuł mistrza Polski Ruchem nie było widać, że Cracovia to ostatni zespół T-Mobile Ekstraklasy. Chorzowianie mieli duże problemy z zatrzymaniem piłkarzy rywali i musieli sięgać po nieprzepisowe środki, co oczywiście spotkało się z reakcją sędziego w postaci żółtych kartek. Do końca pierwszej połowy gospodarze nie potrafili jednak znaleźć sposobu na Peskovicia.
Druga połowa na dzień dobry dała nam kolejną, całkiem sporą dawkę emocji. Po świetnej akcji Szeligi głową strzelał Visniakovs, lecz nie dość, że piłka przeleciała nad poprzeczką, to jeszcze sędzia dopatrzył się spalonego. W rewanżu Arkadiusz Piech w sytuacji oko w oko nie trafił w bramkę. Chyba napastnik Ruchu nie może się jeszcze nadziwić, że nie znalazł się w szerokiej kadrze Smudy i zamiast strzelać gole, zastanawia się, w czym lepsi są Sobiech, Kucharczyk i Brożek. A może postanowił strzelać tyle co oni? Oby nie.












