Tyle razy mówiło się o słabości rywali Legii, o tym braku godnego przeciwnika, aż w końcu wbito to wszystko do głowy piłkarzom Czerczesowa. Dziś panowie z Łazienkowskiej dostali sygnał. Ta liga sama się nie wygra. Najgorsze dla lidera tabeli jest odsłonięcie przez niego kilku kolejnych poważnych problemów.
Zacznijmy od składów obydwu zespołów. Wydaje się, że Stanisławowi Czerczesowowi wyczerpała się przed meczem cierpliwość do Ondreja Dudy. Po ostatnich przeciętnych spotkaniach Słowak bowiem usiadł na ławce. W środku pomocy w miejsce kontuzjowanego Michała Pazdana szkoleniowiec Legii wstawił zaś Guilerhme. Z kolei w Ruchu Waldemar Fornalik tym razem postawił na Mateusza Cichockiego na środku obrony, przesuwając na lewą stronę defensywy Michała Koja w miejsce Pawła Oleksego.
Legioniści rozpoczęli to spotkanie bardzo konkretnie. Pierwszy kwadrans meczu? Absolutna dominacja, niemal gra prawie w całości prowadzona na połowie Ruchu. Wprawdzie Czerczesow nie okazywał żadnych emocji (norma), to jednak w głębi duszy mógł się cieszyć, widząc, jak jego piłkarze ostro zasuwali. Serio, od napastników, po drugą linię i obronę widać było ten intensywny pressing, przez którego brak zapewne dziś na ławce swój mecz zaczął Duda. Generalnie nie tylko nie było widać nieobecności Słowaka, ale też Pazdana czy Jodłowca. Środek pola po prostu w Ruchu nie istniał. Owszem, potem może nie było już tak agresywnej gry, ale dalej gospodarze nie mogli się przebić przez defensywę legionistów aż do końca pierwszej połowy. A Legia robiła swoje, dalej stosując skuteczny odbiór i szukając okazji do ukąszenia Ruchu.
I ogólnie czuć było tego gola dla legionistów przez całą pierwszą połowę. Cóż jednak z tego, skoro dogodne sytuacje marnował przede wszystkim Prijović. Swoje dorzucił również Aleksandrow. Owszem, można było przyczepić się przede wszystkim do „warszawskiego Zlatana” za zmarnowaną sytuację z 24. minuty, ale przecież Bułgar zachował się jeszcze gorzej. Sposób, jaki zaprezentował przy tej zmarnowanej dobitce, tylko jeszcze bardziej budzi wątpliwości co do ewentualnych piłkarskich argumentów Bułgara.











