Ruch Chorzów wygrał w Łodzi z Widzewem 2:1 i zbliżył się do liderującej w T-Mobile Ekstraklasie Legii Warszawa na odległość jednego punktu.
Oba zespoły przystąpiły do tego pojedynku osłabione brakiem swoich podstawowych zawodników. Waldemar Fornalik nie mógł skorzystać tylko z Marka Zieńczuka, który narzekał na uraz pleców. Większy ból głowy przy ustalaniu składu miał Radosław Mroczkowski, który nie mógł wystawić pauzujących za kartki Hachema Abbesa, Macieja Mielcarza i Dudu, oraz kontuzjowanego Bena Radhi.

Już na początku mecz świetnie ułożył się dla Ruchu. W 6. minucie przyjezdni objęli prowadzenie po trafieniu Jankowskiego. Nie wiadomo jednak, czy bramka powinna być uznana, bo jeśli piłka przed jej zgraniem przez Janoszkę została dotknięta przez Jankowskiego, to sędzia powinien był odgwizdać spalonego.
Kolejna kontrowersyjna sytuacja nastąpiła już chwilę później. Po uderzeniu Bena Dhifallaha futbolówka trafiła w ręce jednego z zawodników Ruchu, ale sędzia nie zdecydował się podyktować „jedenastki”.
W 18. minucie mogło być praktycznie po meczu. Matusiak głupio stracił piłkę przed własnym polem karnym, ta spadła pod nogi Jankowskiego, który potężnym strzałem trafił tylko w boczną siatkę. W 32. minucie Pytkowski się zawahał i nie wyszedł do dośrodkowania Grzyba, ale w porę naprawił swój błąd, broniąc strzał Janoszki.
Jeszcze w samej końcówce było groźnie w polu karnym gości, lecz do ostrego dośrodkowania Brozia nie doszedł żaden z partnerów. Do przerwy Ruch prowadził więc jedną bramką.

Początek drugiej połowy Ruch również miał kapitalny. W 49. minucie Piech wyszedł na pozycję sam na sam z Pytkowskim, ale górą w tym pojedynku był bramkarz Widzewa. Chwilę później Pytkowski musiał jednak uznać wyższość swojego rywala. W 55. minucie po dośrodkowaniu Straki z rzutu wolnego Piech wyskoczył najwyżej w polu karnym i strzałem głową trafił do siatki.
Od tego momentu Ruch spokojnie kontrolował przebieg wydarzeń na boisku. Widzew nie był w stanie nic zrobić. W 70. minucie Piech ładnie zagrał na wolne pole do Jankowskiego, ale Pytkowski w porę wyszedł z bramki i głową zażegnał niebezpieczeństwo.











