Wydaje się, że po ostatnim meczu fazy grupowej reprezentacja Danii może w końcu odejść od przypierającej jej ściany, nabrać powietrza w płuca i iść dalej. Tak w skrócie można podsumować jej pierwsze trzy mecze na odbywających się mistrzostwach Europy. Dla tego skandynawskiego kraju turniej o prymat panowania na Starym Kontynencie jest czymś w rodzaju sinusoidy. Najpierw wysoko na szczycie, by po kilku chwilach znaleźć się bardzo nisko. Nawet ostatni mecz z Rosją nie był w pełni kontrolowany przez duński zespół.
Ostatecznie jednak założony cel, jakim dla jednego z wielu gospodarzy Euro była 1/4 finału tego turnieju, jest na wyciągnięcie ręki. Awans z drugiego miejsca przy innych rozstrzygnięciach w grupach doprowadził do sytuacji, w której rywalem o ten plan minimum będzie drużyna Walii. Nie trzeba być zbytnio spostrzegawczym, by wiedzieć, że jest to dość duża nagroda. Przecież teoretycznie, na tzw. papierze reprezentacja Danii powinna pewnie ograć zespół z Wysp Brytyjskich. Jednak czy aby na pewno już wszystko się poukładało w zespole Kaspera Hjulmanda?
Brak Eriksena – zatuszowany. Prawda czy fałsz?
Wszyscy pamiętamy, co stało się z bożyszczem całej Danii. To bardzo przykre wydarzenie według wielu obserwatorów piłki nożnej musiało przecież odcisnąć jakieś piętno na całej drużynie. Przecież wszyscy widzieliśmy Simona Kjaera, który w drugiej połowie, kiedy to wznowiono już mecz, poprosił o zmianę. Ta była spowodowana nie jakąś odniesioną kontuzją, tylko efektem przytłoczenia całą tragedią, jaka rozegrała się na murawie stadionu Parken.
Dlatego też cała piłkarska Europa czekała na to, co zrobi reprezentacja Danii w następnej kolejce fazy grupowej. To tutaj wszyscy zadawali sobie pytanie – czy drużyna po takiej tragedii jest się wstanie pozbierać do następnego spotkania. W ojczyźnie klocków LEGO każdy obywatel rozmyślał, czy zespół bez Christiana Eriksena ma drugie życie. Na ile jest w stanie poprzestawiać swoją układankę Kasper Hjulmand, by zespół nie cierpiał z powodu utraty swojego mózgu.
Jak już pokazał mecz z Belgami – choć rany głębokie, to jednak są do wylizania. Simon Kjear i cała drużyna przez pierwsze 15 minut spotkania dosłownie rzucili się „Czerwonym Diabłom” do gardła. Podczas tego były chwile, kiedy podopieczni Roberto Martineza nie umieli wyjść dosłownie z… własnego pola karnego. Wściekłość, przekuta w czystą w pozytywnym tego słowa znaczeniu piłkarską złość, zaszokowała wszystkich, a zaczęło swoich piłkarzy nieść.











