Raków Częstochowa w tygodniu musiał przełknąć gorycz porażki ze Slavią Praga. Klęska z czeską ekipą kosztowała wicemistrza Polski odpadnięcie z Ligi Konferencji Europy. Dziś wrócili zatem do szarej rzeczywistości. W tym momencie mogą się już skupić wyłącznie na ekstraklasie, w której ostatni raz wygrali pod koniec lipca.
Mecz ze Śląskiem Wrocław miał być dla Rakowa czymś w rodzaju odrodzenia. Mimo dobrej postawy w europejskich pucharach jednak z nich odpadli. W ekstraklasie ostatnie dwa mecze również nie ułożyły się po ich myśli. Dziś to oni podchodzili do spotkania w roli zdecydowanego faworyta, nie tylko ze względu na ich wielką jak na polską ligę jakość, ale i dlatego, że Śląsk to dopiero budujący się, nie do końca ukształtowany projekt. Na szczęście to im się udało. Podopieczni Marka Papszuna wyciągnęli lekcję ze środka tygodnia i wygrali na wrocławskiej ziemi w pełni zasłużenie 4:1.
Pressing zabójczy dla Śląska
Od Rakowa Częstochowa właściwie każdy oczekiwał zwycięstwa. Przebieg meczu idealnie nam to zobrazował już od pierwszego gwizdka. Podział był prosty – Raków Częstochowa stale i mocno atakował, a Śląsk Wrocław kompletnie nie potrafił sobie z tym naporem poradzić. „Medaliki” były pod niemal każdym względem, dzięki wysokiemu pressingowi i wielkiej pracy na całym boisku, lepsze. Petr Schwarz i Patrick Olsen kompletnie nie mogli sobie poradzić właściwie z nikim z drużyny przeciwnej. Mieli nawet duże problemy z rozegraniem choćby kilku podań.
Przejście z fazy defensywnej do ataku było niemal awykonalne. Podejście Rakowa do przodu wymuszało błędy. Było ich wiele. Zresztą pierwszy gol był wynikiem bezsensownej pomyłki Gretarssona. Ta bramka jest idealnym podsumowaniem postawy obydwu ekip. Może Raków Częstochowa nie grał dziś pięknie i efektownie, natomiast wygrywał tytułowym pressingiem, przy którym gospodarze kompletnie się gubili.












