Najpierw nadzieje i oczekiwania. Później stopniowa weryfikacja planów. Na koniec oglądanie kolejnych spotkań z twarzą ukrytą w dłoniach i jedno wielkie niedowierzanie. Czy z naszą piłką jest aż tak źle? Nie, niestety jest znacznie gorzej. Po czwartkowym blamażu Legii, a także porażkach Lecha i Jagiellonii przez całą Polskę przelała się lawina komentarzy. Za co oni tyle zarabiają? Po cholerę w ogóle wychodzą na boisko, skoro niczego nie potrafią? Przynoszą tylko wstyd, kompromitując nasz międzynarodowy wizerunek. Jako że piłka to sport, który powoduje, że człowiek jest nabuzowany przez pełne 90 minut, trudno dziwić się upustowi wszelkich negatywnych emocji. Niestety, te mają to do siebie, że po jakimś czasie, zwykle prędzej niż później, opadają i łatwo wrócić do porządku dziennego, cieszyć się z małych sukcesów na krajowym podwórku. Tymczasem nasza piłka znalazła się w najgorszym położeniu od wielu lat. Doprowadziliśmy do tego sami, wpadając w cudowny nastrój samozadowolenia po największych sukcesach kadry od trzech dekad. To zaś zbiegło się z powrotem polskiego klubu do Ligi Mistrzów po 20 latach, co kazało sądzić, że cały nasz futbol zmierza w dobrą stronę.
Ale to były miłe złego początki.
Kadra w rozsypce, koszmarny poziom ligi, przepłaceni piłkarze
Jest 23 sierpnia 2016 roku. Legia Warszawa po bardzo kiepskim i pełnym cierpienia meczu remisuje z irlandzkim FC Dundalk 1:1 i staje się pierwszym polskim klubem w XXI wieku, który awansował do upragnionej fazy grupowej UEFA Champions League. W samych rozgrywkach przynosi nam sporo radości – najpierw w sensacyjnie zremisowanym po świetnej grze starciu z Realem Madryt, potem w najdziwniejszej potyczce całej edycji – przegranej 4:8 z Borussią Dortmund, wreszcie po zwycięstwie nad Sportingiem Lizbona. Wcześniej kadra prowadzona przez Adama Nawałkę odpada z mistrzostw Europy w ćwierćfinale, po rzutach karnych z późniejszym czempionem. Niezły punkt wyjścia do przyszłych wielkich sukcesów, prawda? Szkoda tylko, że wystarczyły dwa lata, by nasze nastroje zmieniły się o 180 stopni.
Ta sama Legia zalicza dwa z rzędu kompromitujące lata w pucharach – rok temu odpada kolejno z kazachską Astaną w eliminacjach Ligi Mistrzów, następnie przegrywa z mołdawskim Szeryfem Tyraspol w kolejnej rundzie eliminacji do Ligi Europy. Teraz historia powtarza się ze słowackim Spartakiem Trnawa i luksemburskim Dudelange. Sporting Lizbona, Real Madryt. Szeryf Tyraspol, Dudelange. Piękno futbolu, na którym cierpi polski kibic.
Kadra Nawałki idzie w tym czasie jak burza. Do momentu, w którym przyjdzie jej się zmierzyć z rolą dla siebie wyjątkowo nietypową. „Biało-czerwoni” jako jedni z szerokiego grona faworytów mistrzostw świata. Nagle monolit zamienia się w bandę skłóconych ze sobą jednoosobowych podmiotów gospodarczych, pracujących na własne nazwiska. Nagle nie pasuje klimat, zbyt ciepła woda w basenie i komary latające nad stadionem. A w tle cała masa reklamodawców, zastanawiająca się, czy nie zdjąć spotów i billboardów z piłkarzami, bo ich wizerunek zaczyna przynosić szkody, nie zaś planowane zyski.
Ekstraklasa, zamiast się rozwijać, coraz bardziej się wyrównuje. Równa jednak do tych gorszych, nie do lepszych – poprawne wytypowanie trzech wybranych meczów w kolejce graniczy z cudem. 20-letni piłkarz po kilku rozegranych meczach w poprzednim sezonie może liczyć na nowy kontrakt. W zależności od sytuacji finansowej klubu miesięczny zarobek wynosi od 15 do 40 tysięcy złotych brutto. 23-latek odnawiający kontrakt – od 25 do 60 tysięcy. Obcokrajowiec albo piłkarz ocierający się o reprezentację – spokojnie wyciągnie z klubu ponad milion rocznie. Nie mam nic przeciwko, żeby zarabiali i pięć razy tyle – tylko niech za tym idzie adekwatny poziom sportowy.











