Zeman, Inzaghi, Allegri i Stramaccioni. Cała czwórka tego lata rozpoczęła na nowo swoją karierę trenerską. Często mówi się, że to zakup nowych piłkarzy sprawia, że poziom rozgrywek idzie w górę. Ale być może tym razem tak się stanie za sprawą nie piłkarzy, a szkoleniowców. Patrząc na te cztery nazwiska, mamy bez wątpienia do czynienia z bardzo ciekawymi postaciami. Każda z nich wraca do Serie A na swój sposób i ma wszystkim we Włoszech coś do udowodnienia.
Odpowiadając na tytułowe pytanie, trzeba podkreślić, że owe nazwiska z pewnością mogą wnieść nową jakość i świeży powiew na boiska Calcio, ale nie muszą. W zawodzie trenera bowiem nic nie jest pewne. Czasem wystarczy jeden zły mecz, jeden niesforny zawodnik czy prezes bez cierpliwości i wypada się z trenerskiej karuzeli na długie miesiące czy lata. Przyjrzyjmy się więc pozytywnym cechom tych szkoleniowców, które mogą korzystnie wpłynąć na Serie A.
Urodzony na spalonym
Inzaghi nie był nigdy zwyczajnym napastnikiem. Nie oznacza to jednak, że pamiętamy go z powodu ponadprzeciętnej techniki czy siły. Miał jeden bardzo prosty dar – zawsze ustawiał się tam, gdzie za sekundę miała spaść piłka. Niesamowitym instynktem strzeleckim zapracował sobie na taką oto opinię swojego byłego szkoleniowca – Carlo Ancelottiego: „Jeśli wziąć pod uwagę tylko i wyłącznie grę w polu karnym przeciwnika, to trzeba by było przyznać, że Inzaghi jest najlepszym piłkarzem na świecie”. Mówiono, że urodził się na spalonym, czy że strzelił gola dosłownie każdą częścią swojego ciała.
Teraz na ławce jest jakby spokojniejszy. Może dlatego, że spoczywa w jego rękach o wiele większa odpowiedzialność? Ma za zadanie wyciągnąć Milan z kryzysu na prostą po tym, jak od paru lat klub stacza się po równi pochyłej. „Pippo” nie ma zbyt dużego doświadczenia trenerskiego. Spędził rok jako trener zespołu juniorów Milanu. I to by było na tyle. Ale może właśnie takich szkoleniowców teraz potrzebuje Serie A? Skoro tęgie głowy włoskiej trenerki wyjeżdżają za granicę, to może należy dać szansę młodym, zdolnym i zdeterminowanym, a nie obcokrajowcom? Prandelli w Galatasaray, Capello w Rosji, Ranieri w Grecji , Conte w reprezentacji Włoch, Spaletti odpoczywa po przygodzie w Zenicie, a Ancelotti właśnie wygrał Ligę Mistrzów z Realem, więc nie ma się co dziwić, że dobrze mu w Madrycie. Widać więc, że tak zwana „włoska myśl szkoleniowa” sprawdza się, ale włoskie kluby nie mają szansy jej zatrzymać.
Inzaghi może dodać Milanowi nowego ofensywnego kolorytu (sam był przecież napastnikiem), może odblokować Fernando Torresa (bo jeśli nie teraz, to już chyba nigdy) i ma szansę, aby Milan, po raz kolejny od czasów Arrigo Sacchiego, kojarzył się z piłką ofensywną. Sam bardzo dużo może zyskać i niewiele stracić.
Podrażniona duma
Zdenek Zeman miał w Rzymie zbudować zespół grający piękny futbol, nastawiony na grę do przodu i tłamszenie przeciwnika. Skończyło się na kompromitujących porażkach ze słabeuszami, kuriozalnymi błędami obrony i przedziwnymi paradami bramkarzy pokroju Goicoechei. Zeman zawsze był szkoleniowcem wyidealizowanym, bo miał swój idealistyczny pogląd na grę, w której 22 mężczyzn biega za piłką. I niejako w Romie stał się ofiarą własnej ideologii. Faktem jest, że Czech zawsze znacznie lepiej sobie radził w klubach o mniejszych rozmiarach. Dlatego teraz, gdy powraca do Serie A jako trener Cagliari, jest to dla niego nie lada okazja, żeby zagrać wszystkim krytykom na nosie. Ale czy ktoś jeszcze sądzi, że ultraofensywna taktyka Czecha zadziała? To się okaże.











