Mundial w Brazylii nie zachwycił, Euro we Francji zdecydowanie zawiodło… a wiele wskazuje na to, że w najbliższych latach może być już tylko gorzej. W obliczu wielkich pieniędzy krążących wokół klubowej piłki rywalizacja między reprezentacjami zdaje się schodzić na dalszy plan – wycieńczeni sezonem ligowym piłkarze na wielkich międzynarodowych turniejach często nie przypominają nawet cieni zawodników, którzy jeszcze przed paroma tygodniami zachwycali swoją postawą chociażby w europejskich pucharach. A dziś dochodzi do tego kolejny problem – mianowicie epidemia zatrudniania przez wielkie reprezentacje wybitnie przeciętnych selekcjonerów.
Znacie pewnie te gadki o tym, jak to kiedyś w przeszłości piłka, inne sporty i w ogóle wszystko, co nas otacza, prezentowało się znacznie lepiej. W końcu kto z nas nie tęskni chociażby za czasami wielkiego Milanu, niezatrzymanych „Canarinhos” czy nawet królującej na światowych boiskach tiki-taki. Jasne, głupotą jest mówić, że czasy wielkiego futbolu już dawno minęły, że skończyły się na Deynie, Platinim, Cruyffie czy Zidanie, jednak jeśli chwilę się zastanowimy, możemy stwierdzić, że odnośnie do rozgrywek reprezentacyjnych słynna sentencja o dominacji lat minionych nad teraźniejszymi jest jak najbardziej adekwatna.
A w przekonaniu, że adekwatną może pozostać i przez parę najbliższych lat, dobitnie utwierdza nas pewnych pięć jakże jaskrawych, dwuczłonowych powodów. By uchylić wam rąbek tajemnicy – pierwszy z nich nazywa się… Sam Allardyce.
Angielskiego koszmaru ciąg dalszy?
Od 1996 roku i awansu do półfinału mistrzostw Europy we Włoszech Anglicy ani razu nie potrafili dotrzeć do strefy medalowej wielkiego turnieju. Sam Allardyce jest już aż jedenastym szkoleniowcem zatrudnionym przez FA w ostatnich dwudziestu latach, i to kolejny z wielu, którym znaczna większość ekspertów i obserwatorów zdecydowanie nie wróży sukcesów…
https://twitter.com/papruane68/status/756105837559635968
Na Wyspach popularny „Big Sam” kojarzony jest przede wszystkim ze swoją okazałą tuszą oraz nudnym i defensywnym stylem gry prowadzonych przez siebie ekip. Jego ostatnim pracodawcą był Sunderland, z którym to Allardyce ledwo i z dużą dozą szczęścia zapewnił sobie pozostanie na kolejny sezon w Premier League. Wcześniej pracował między innymi w West Hamie, Newcastle oraz Boltonie… i z żadnym z tych klubów nie odniósł bardziej spektakularnych sukcesów.
Problem w tym, że ten nudziarz niemogący się poszczycić wielkimi osiągnięciami na ławce trenerskiej to chyba w tej chwili rzeczywiście najlepszy wybór na selekcjonera spośród szkoleniowców rodem z Anglii. Może więc warto byłoby poszukać za granicą? Cóż, na to przyjdzie pewnie czas po kolejnych klęskach, tyle że tym razem pod skrzydłami Sama Allardyce’a.
Mistrzowie własnego podwórka we Włoszech i w Brazylii
Tym mianem można by określić nowo zatrudnionych selekcjonerów „Canarinhos” oraz „Squadra Azzura”. Prowadzenie tych pierwszych po klęsce na mundialu oraz skandalu na Copa America przejął z rąk Carlosa Dungi słabo kojarzony poza Ameryką Południową Brazylijczyk „Tite” (właściwie Adenor Bachii). Jako piłkarz grał w Brazylii i nie osiągał większych sukcesów, jako trener również pracował dotychczas niemal tylko i wyłącznie w swojej ojczyźnie, tyle że może już pochwalić się paroma sporymi osiągnięciami.











