Kiedyś Ibrahimović spytany, kto jest najlepszym piłkarzem świata – Messi czy Ronaldo – bez zastanowienia odpowiedział: „Kto? Oczywiście, że Zlatan”. W Ekstraklasie mamy swój odpowiednik. Nazywa się Aleksander Prijović. Obu panów łączy jednak tylko wygląd i pewność siebie.Szwed jest od swojego sobowtóra lepszy w każdym elemencie gry. Silniejszy, szybszy, lepiej wyszkolony technicznie. Po prostu prezentuje wyższą kulturę na boisku. Szwajcar również posiada te wszystkie wyżej wymienione umiejętności, ale niestety tylko w swoim mniemaniu. Zwykło się mówić, że kłamstwo powtórzone 1000 razy staje się prawdą. Odnoszę wrażenie, że snajper Legii właśnie całe życie staje przed lustrem i powtarza, że jest najlepszy. Na jego nieszczęście nie jest. I to nawet w Ekstraklasie.
– Czuję się najlepszym piłkarzem Legii – stwierdził jakiś czas temu Prijović. W czym czuje się najlepszy? W byciu pewnym siebie? Napastnik niczym innym w barwach „Wojskowych” jeszcze nie zaimponował. Faktycznie, drużyna z Łazienkowskiej prezentuje się grubo poniżej oczekiwań, ale na pewno nie jest tak fatalnie, żeby nie znaleźć żadnego lepszego piłkarza w jej kadrze. Nemanja Nikolić, Michał Pazdan, Jakub Rzeźniczak, Łukasz Broź czy Dominik Furman. Ci wszyscy koledzy Szwajcara w tym sezonie utrzymują równą i całkiem przyzwoitą dyspozycję. Na jakiej więc podstawie może uważać on, że jest najlepszy w Warszawie? Trudno powiedzieć.

Kiedy przychodził na Ł3, wymagania były dość duże. Udzielał wielu wywiadów, w których buńczucznie zapowiadał, że wedrze się przebojem na salony i już w pierwszym sezonie będzie błyszczał nie tylko w rozgrywkach ligowych, ale też w europejskich pucharach. – Zrobię wszystko, by wygrać. Od zawsze. Nie tylko w futbolu. Jeśli stawiam sobie jakiś cel, osiągam go. Spełniam wszystkie swoje marzenia. Chciałem grać w wielkim klubie. Gram w Legii, tu zabłysnę. Trafię do reprezentacji Szwajcarii – zarzekał się Prijović. Przyjemnie się tego słuchało. W szczególności włodarzom i kibicom jego nowego klubu.
Prezentowane podejście, chęć do gry i pewność siebie mogły imponować. Na boisku jednak wyszło nieco gorzej. Szwajcar nie prezentuje się koszmarnie, bo można docenić to, że walczy, stara się, ma warunki fizyczne, ale czegoś mu brakuje. Czego? Przede wszystkim goli. W jego repertuarze zagrań brakuje wykończenia akcji, a to przecież dla snajpera kluczowe. W lidze przełamał się dopiero niedawno, w 9. kolejce z Ruchem, a do tego dołożył jeszcze po jednym trafieniu w pucharze krajowym i w eliminacjach Ligi Europy. Bilans? 15 meczów i trzy gole. Taki wynik na kolana nie rzuca, ale w sumie czego spodziewać się po zawodniku, którego jako 25-latka już można nazwać piłkarskim obieżyświatem.
Prijović raczej nie lubi siedzieć w jednym miejscu dłużej niż rok. Taki futbolowy kosmopolita. W swojej seniorskiej karierze zwiedził już 10 klubów. Przeważnie ktoś ściągał go do siebie, by potem żałować swojej decyzji i oddać go na wypożyczenie. Tak było w Derby County i Sionie. W tych dwóch dość znanych klubach reprezentant młodzieżowych reprezentacji Szwajcarii zupełnie się nie przebił. Kiedy spędzał czas na ławce albo trybunach, oddawano go na wypożyczenie do m.in. Tromsø czy Djurgårdens. Tam też szło mu przeciętnie. Do sezonu 2014/15 dzisiejszy napastnik Legii tylko raz przekroczył magiczną granicę pięciu bramek na kampanię. Dopiero w minionym roku w 2. lidze tureckiej błysnął. 25-letni napastnik w barwach Boluspor zdobył 16 goli i zaliczył pięć asyst w 31 meczach, a nad Bosforem pisano o nim tylko w dobrym świetle. – – opowiadał lokalnym mediom przejęty Cihat Arslan, trener byłego klubu Prijovicia, kiedy dowiedział się o odejściu pupila. Mimo tego to jest tylko jeden dobry okres w bardzo długiej jak na tak młodego piłkarza karierze. Można odnieść więc wrażenie, że wicemistrz Polski ściągnął zawodnika, sugerując się jeden udanym sezonem. To, jak na zespół aspirujący do regularnej gry w Europie, skandal.












