Z dużej chmury mały deszcz. Tak w skrócie można opisać dzisiejszy szlagier angielskiej Premiership, który odbył się w niedzielne popołudnie na Anfield. Na nic zdały się zapowiedzi trenerów i piłkarzy obu drużyn o konieczności zwycięstwa. Zarówno Liverpool jak i Chelsea zaprezentowały się przeciętnie i nie rozpieściły kibiców zbyt dużą ilością sytuacji podbramkowych. Emocji było jak na lekarstwo i zapewnić je musiał dopiero Mike Riley, który popełnił duży błąd i niesłusznie wyrzucił z boiska Franka Lamparda.
W piątkowej zapowiedzi 24. kolejki Premier League pisałem, że na Anfield Road możemy być pewni goli, bo jedyny bezbramkowy remis w Liverpoolu drużyny zanotowały w lidze 38 lat temu. Po pierwszej połowie spotkania widać było jak na dłoni, że oba zespoły będą miały spory problem ze zdobyciem bramki. Jedyne dwie groźne sytuacje stworzyli sobie gospodarze w końcówce trzeciego kwadransa. Groźnie pod bramką Cecha było za sprawą podopiecznych Beniteza w 43. i 44. minucie, jednak najpierw bramkarz gości do spółki z Ashley’em Colem uratowali Chelsea od straty bramki, a później Albert Riera kompletnie nie zrozumiał się ze Stevenem Gerrardem i zamiast strzelać w znakomitej sytuacji, oddał piłkę obrońcom The Blues.
Pierwsza połowa potwierdziła, że Liverpool i Chelsea przechodzą obecnie mały kryzys. The Reds nie wygrali przecież meczu od ponad miesiąca, przez co nie tylko stracili pozycję lidera, ale i spadli na trzecie miejsce w tabeli. Goście niedzielnego spotkania również są daleko od swojej nominalnej formy z początku sezonu. W związku z tym przez pierwsze 45 minut oglądaliśmy mocno rozczarowujące zawody, w których poza wyżej opisanymi sytuacjami i kilkoma strzałami z dystansu, na boisku nie działo się kompletnie nic.
Druga odsłona meczu nie różniła się niczym od pierwszej i wydawało się, że tylko cud może sprawić, iż będziemy świadkami jakichkolwiek emocji na Anfield Road. Takowy wydarzył się w sześćdziesiątej minucie spotkania. Wtedy to Mike Riley swoją błędną decyzją zmienił układ sił na murawie. Frank Lampard wszedł wślizgiem w nogi Xabi Alonso, jednak na powtórce ewidentnie było widać, że Anglik najpierw atakował piłkę. Od tego momentu na boisku istniał tylko jeden zespół. Osłabiona Chelsea cofnęła się całą drużyną na swoją połowę, starając się jedynie przerywać huraganowe ataki gospodarzy.
Kiedy wydawało się, że Liverpoolowi nie uda się wykorzystać liczebnej przewagi, talentem błysnął Fernando Torres. Na minutę przed końcem meczu, Hiszpan wykorzystał kapitalne podanie Fabio Aurelio i nie dał żadnych szans, świetnie broniącemu w tym spotkaniu, Petrowi Cechowi. W tym momencie, niemająca już nic do stracenia Chelsea, rzuciła się do desperackiej próby odrobienia strat. Zamiast wyrównania mieliśmy jednak drugiego gola dla The Reds autorstwa Torresa. Po fatalnym błędzie Ashleya Cola, piłka trafiła do Hiszpana, któremu nie pozostało nic innego, jak skierować futbolówkę z bliska do siatki.
Podopieczni Beniteza wygrali tym samym po raz pierwszy od ponad miesiąca i utrzymali dwupunktową stratę do literującego Manchesteru United. Czy The Reds pokonaliby Chelsea grając bez liczebnej przewagi? Tego się już nie dowiemy.










