Po pięciu zwycięstwach na starcie sezonu Manchester City mocno spuścił z tonu. Jedna wygrana w ostatnich czterech meczach i kompromitacja z Tottenhamem pokazują, że nie taki silny ten kolos, jak go wielu oceniało.
Turbulencje dotknęły zespół z Etihad Stadium już w czasie przygotowań do starcia w sobotnie popołudnie w północnym Londynie. Niedostępni byli David Silva, Vincent Kompany i Eliaquim Mangala, a w składzie meczowym zabrakło też Joe Harta. Wszyscy narzekali na kłopoty zdrowotne.
Nieobecność Silvy przy takim potencjale ofensywnym można w jakiś sposób zastąpić, ale to brak wyżej wymienionych piłkarzy defensywnych był najbardziej odczuwalny. W miejsce grających w pierwszym składzie od początku sezonu Kompany’ego oraz Mangali wszedł Demichelis i kupiony latem Nicolas Otamendi. Z nimi na środku obrony i z Willym Caballero na bramce gra obronna nie wyglądała już tak pewnie.
Dobrze pokazuje to jedna statystyka. Pierwszego gola w Premier League „The Citizens” stracili dopiero w szóstej kolejce z West Hamem United na własnym placu gry. Nikt się więc nie spodziewał, że wicemistrz Anglii straci teraz aż cztery gole.
https://twitter.com/sts_bukmacher/status/647757549270368256
Nie można jednak w stu procentach obwiniać defensorów ekipy Pellegriniego za tę klęskę. Bo Tottenham na taki, a nie inny wynik wyprowadzili sędziowie tego spotkania. Najpierw prowadzący mecz Mark Clattenburg i jego asystenci nie popisali się przy bramce dla City, gdy De Bruyne, strzelec gola, okazał się być na ofsajdzie. We wcześniejszej fazie akcji która przyniosła gola wyrównującego za sprawą strzału Erika Diera, na spalonym znajdował się Kyle Walker, więc i ten gol powinien być zaliczony jako nieważny(z tą różnicą, że przy golu City De Bruyne był na centymetrowym spalonym, zaś ofsajd Walkera moglibyśmy pewnie mierzyć w milach).
Później przyszła trzecia pomyłka związana z pracą liniowego w północnym Londynie, bo po niemal idealnie bitym przez Eriksena rzucie wolnym, do siatki City trafił (po raz pierwszy w tym sezonie) Harry Kane. Tylko że i on znajdował się za linią obrońców w momencie uderzania piłki przez duńskiego pomocnika. To nam daje kompromitujący wynik – trzy z pięciu goli w meczu otwierającym siódmą kolejkę Premier League powinno się uznać za nieważne.
https://twitter.com/sts_bukmacher/status/647761640050556928
Najgorszy na placu gry był podstawowy dziś bramkarz, Willy Caballero, który bronił z taką samą pewnością, co Marian Antolović niegdyś w Legii i swoim złym wyjściem do dośrodkowania przyczynił się do zdobycia gola dla gospodarzy na 2:1. Nie jest jednak pierwszym zagranicznym bramkarzem w Premier League, któremu powinęła się noga (a raczej ręce) przy wyjściu do ostro bitej piłki w pole karne.
Bardzo dobre spotkanie zagrał końcu Erik Lamela. Sprowadzony na White Hart Lane dwa lata temu skrzydłowy harował w defensywie i choć zaczął nieco niepewnie pod bramką gości, to finalnie udało mu się zdobyć gola.











